Zaznacz stronę

Dla mnie ta Ewangelia to dobra nowina o tym, że jeśli wszystkiego od razu nie rozumiem i nie widzę tzw. sensu, to wcale nie znaczy, że moje życie jest bez sensu i nadziei. Z jednej strony uczy to pokory. Takiej mądrej pokory, w której człowiek akceptuje czas, swój rozwój, pewien proces, a z drugiej staje się wyzwaniem, bo nie pozwala mi spocząć na laurach. Skoro wszystkiego nie wiem, nie rozumiem, to muszę szukać tego sensu, to muszę ruszyć swoje cztery litery. Nawet jeśli to obiektywnie jest mały kroczek, to jeśli z mojej strony nie stać mnie na więcej, to jest on dużym krokiem.

Druga nadzieja jest w tym, że smutek, który każdy z nas przeżywa z różnych powodów i w różnym czasie, szczególnie ten wynikający z pójścia a Panem – a szczere za Nim chodzenie zawsze boli – ten smutek nie jest moją przegraną. Szczególnie ten wynikający z pójścia za Panem, a szczere za Nim chodzenie zawsze boli, ten smutek nie jest moją przegraną. Ta zapowiedź Jezusa, że smutek zamieni się w radość, to nie jest tanie pocieszenie. To jest stara prawda, która już nie raz w naszym życiu się potwierdziła, że zło to nie jest ostatnie słowo.

Pamiętacie, swego czasu Jezus nazwał nas swoimi przyjaciółmi? I jak owa przyjaźń sprawdza się w codzienności? Gadacie z Nim o tym? Pytam o to, bo czasem ludzie nawet mówią o sobie jestem przyjacielem Boga, a tak naprawdę myślą o sobie: sługa. A więc pytam cię, jak o sobie myślisz? Jako o słudze, czy jako przyjacielu?

Obejrzałem wczoraj debatę kandydatów na prezydenta RP. Mam świadomość, że życie jakie mam jest w wielu kwestiach wygodniejsze od życia „przeciętnego” Polaka i to, co napiszę może być potraktowane przez kogoś jako romantyczne wypociny. Jednak zaryzykuję. Nie będą to opinie polityczne o poszczególnych kandydatach, ale kilka myśli, które wróciły pod wpływem tego spektaklu telewizyjnego.

Po tej debacie jeszcze bardziej utwierdzam się, że jedyna relacja w jaką muszę inwestować jeszcze więcej i mogę pokładać nadzieję, to przyjaźń z Panem właśnie. Nie ma czegoś takiego jak Państwo Boże na tym świecie, Jego Królestwo naprawdę jest nie z tego świata. Trzeba stąd odejść, nie można się absolutnie przywiązywać do tej ziemi. Jestem coraz bardziej przekonany, że jesteśmy na tej ziemi tylko z jednego powodu. Byśmy się nauczyli tęsknić za Ojcem. Tęsknota jest miłością.

Tak jak napisałem powyżej, smutek (a taki rodzi się kiedy ogląda się takie spektakle) jest konieczny, wtedy człowiek „odrywa” się od ziemi. To dość brutalne, ale my chrześcijanie musimy się ciągle nawracać do Boga, szukając Go na Ziemi, przypominać sobie o tym, że On chce nas stąd zabrać. Brzmi jak utopia, ale naprawdę nie należymy do tego świata i ten świat nigdy nie będzie naszą ojczyzną. Mamy na nim spędzić czas, ale czas bardzo ograniczony i tylko tyle.

Jesteśmy przyjaciółmi Boga, nie świata.

SŁOWO