Zaznacz stronę

Wczoraj, jak w każdą środę, o 17.00 miałem zajęcia z trzecioklasistami. Dzieciaki, kiedy przychodzą na zajęcia są już po szkole, zadaniach domowych, zajęciach dodatkowych. Nasze 40-minutowe spotkania (bardzo podkreślam, że to nie kolejna szkolna lekcja) są dla nich momentem, w którym puszczają im już hamulce, dopada je klasyczna głupawka. Słucham drugi rok (w poprzednim było podobnie) tego, co mówią, i jestem coraz bardziej przerażony tym, jakie piekło ludzie dorośli zmontowali dzieciom.

Pani Irena jest księgową. Pracuje od rana do wieczora (dosłownie). Jasne, wraca do domu po 16.00, ale po ugotowaniu obiadu, wyciąga laptopa i tonę papierów i dalej pracuje. Wszyscy się nad nią litują, mąż się na to wkurza, teściowa ją podburza przeciw szefowi. Nikt z dorosłych nie zauważa, że ich dziesięcioletnia córka ma to samo. Wraca po czternastej do domu, je obiad, później babcia zawozi ją na balet i angielski i kiedy wraca o 19.00 to siada jeszcze do lekcji.

Dlaczego tak jest, że ciągle godzimy się z tym, że dzieci muszą dostawać zadania domowe? Dlaczego tak jest, że nie dajemy dzieciakom odpocząć, ale ciągle każemy im zrobić jeszcze więcej? Czy widział ktoś górnika, który po szychcie wraca do domu kopać węgiel? A przecież dorośli, którzy podejmują dodatkowe prace po południu, otrzymują za to wynagrodzenie. Każemy dzieciom pracować często więcej niż dorosłym. Dzieci są przemęczone, nie mają ochoty na twórcze uczenie się, ale często stać je jedynie na zrobienie tego, co trzeba.

Zadania domowe, to kolejna sfera życia dzieci, w których nie traktujemy ich podmiotowo, ale przedmiotowo. One stają się elementem systemu edukacji. Zamiast edukacja być dla nich i wspierać ich holistyczny rozwój, stają się niewolnikami systemu. Oburzamy się na czasy, w których dzieci były wykorzystywane (dalej są – sic!) do ciężkiej pracy, a przecież współczesny system edukacji ciągle narzuca im bardzo wiele pracy. Nie uczymy młodych ludzi twórczego wykorzystywania czasu, ale ciągle zmuszamy ich do bycia trybem systemu. Później się dziwimy, że coraz mniej osób czyta bez zrozumienia, nie rozumie, co się do nich mówi. Gdzie mają się tego uczyć, skoro bardzo często muszą wykonywać zadania testowe, a nie takie, które pozwalają im rozwijać myślenie?

Na wielu polach traktujemy dzieci jak mniejszych dorosłych. Tylko wtedy, kiedy chodzi o ich prawa traktujemy je jak ryby, co głosu nie mają. Ciągle zapominamy, że dziecko to nie jest mały dorosły, ale to po prostu… dziecko. Ktoś, dla kogo wiele dorosłych spraw jest nie do ogarnięcia, a które muszą ogarniać, bo my dorośli zapominamy, że też kiedyś musieliśmy się uczyć wszystkiego od początku.

A jak, wpisuję się w system i zadaję dzieciom zadania domowe. Tak, muszą odrabiać zadania od księdza z zajęć dodatkowych. A to dostają cukierka lub orzecha, żeby go podzielić wśród rodziny (uczymy się o miłości innych, która kosztuje), a to mają swoim rodzicom podziękować lub powiedzieć coś miłego. A czasem muszą się przytulić do swoich rodziców. Dawajmy dzieciom zadania, które będą im dawały miłość, nie kolejne zadania, które robią by zdobyć nagrodę lub, by uniknąć kary.