Zaznacz stronę

Każdego dnia pojawiają się wokół mnie ludzie, którzy sprawiają wrażenie że znają moje serce bardziej niż ja, a czasem nawet bardziej niż sam Bóg. Mówią mi, co rzekomo myślę, czego pragnę, kim jestem, jaki jestem. Bardzo skrajne to opinie, od tych, które wynoszą mnie na wyżyny niebieskie, po te, które posyłają mnie do piekła, albo gdzieś jeszcze głębiej…

Mam prawie 43 lata, słucham, bo dzięki Bogu mam uszy, słucham, ale widzę, że coraz bardziej te głosy różne do mnie docierają tak, by zostawiać trwały ślad. Ani nie, za bardzo, karmię się pochwałami, ani, za bardzo, nie rozpaczam. Raczej zdaję sobie pytania o to jak ja siebie widzę.

Kiedyś za Nim poszedłem. Tylko co z tego? Robię dobre rzeczy, staram się (czasem), jak mogę i jestem coraz głupszy. Z roku na rok, zamiast się zmieniać na lepsze, postępować, jak to się ładnie mówi, w cnocie, ja jestem coraz słabszy, coraz bardziej siedzący w swoich słabościach i grzechach. Czasem miewam wrażenie, że Ewangelia, którą głoszę, jest usprawiedliwianiem mojej grzeszności. Naprawdę nie wiem, czy tak jest. Ufam, że nie, i że On naprawdę jest dobry.

Któregoś dnia odczytałem, że On mnie zaprasza do posłania. Poszedłem. Zaufałem Jemu, i Towarzystwu, ale też zacząłem uczyć się ufać sobie samemu. To pójście stało się moją codziennością, zwyczajnością. Nie ma w tym jakiejś wielkiej ofiary, poświęcenia, o której wielu księży lubi mówić. Staram się nie używać wielkich słów na określenie drogi, którą idę, bo uważam ją za taką samą jak inne. Mam swoje zadanie, swoje miejsce na Ziemi i idę. Jestem szczęśliwy jako jezuita. Wiem, że często marudzę, czasem moi najbliżsi współbracia mają mnie już dość, ale uczę się i tego, że taki mam charakter. Delikatny, melancholiczny i muszę z nim żyć.

Jestem szczęśliwy jako ksiądz. Wiem, że są we mnie też inne pragnienia niż to, by nim być. Jest też we mnie pragnienie bliskości, jest we mnie, pragnienie ojcostwa, choć z roku na rok, mniej intensywniejsze. I wiem, że nic tych pragnień nie zastąpi. Jednak kocham być księdzem. Bo to jest wielka sprawa, dzięki której Pan Bóg pozwala mi być bardzo bliskim świadkiem Jego działania. Jestem zwykłym człowiekiem, mężczyzną. Nie jestem obdarzony wyjątkową godnością, która sprawiałaby, że należy mi się szczególny szacunek, szczególne traktowanie. Po prostu nawinąłem się Bogu kiedyś i gdzieś, i On zapytał, czy pójdę. Tak przynajmniej wierzę, że sam sobie tego wszystkiego nie wymyśliłem. Nie jestem idealny i nigdy nie będę. Popełniam mnóstwo błędów, jako człowiek, mężczyzna i jako ksiądz.

Wierzę, że powołanie nie jest jakimś tajemniczym planem Boga na nasze życie. Że ono jest raczej wypadkową wielu czynników. Jego zamysłu (cokolwiek to znaczy), moich pragnień, historii mojego życia i kontekstu, w jakim się wychowałem. Wierzę jednak, że w tej mieszance jest też miejsce na mój grzech, że Bóg i ja uwzględniliśmy jego istnienie w moim życiu.

Nie jestem godzien tej Drogi, ale nad tym nawet nie dumam, bo co ja mogę? Zamiast mówić o mojej niegodności, o wielkim wyróżnieniu (a jakie życie, jakie powołanie nie jest w Jego oczach szczególne?), wolę się cieszyć tym, kim jestem. I tym, jak mi to idzie.