Zaznacz stronę

SŁOWO
Jesteśmy posłani. Ewangelia, z uporem maniaka, przypomina nam, że chrześcijaństwo, to nie jest prywatna sprawa, i że nie może być przeżywane w ramach swoich czterech ścian. Jesteśmy posłani przed Nim, a więc celem jest przyjście Pana do naszych przyjaciół, sąsiadów, bliskich, do żony, męża, dzieci czy rodziców. Nie mamy głosić Ewangelii po to, by oni dla nas stali się lepsi. Mamy głosić im Ewangelię po to, by oni zapragnęli Jezusa i spotkania z Nim w swojej codzienności.

„Idźcie, oto was posyłam jak owce między wilki”. Mamy pójść i mamy być odważni. Być owcą i wejść w stado wilków to jest odwaga. Dla pobocznych obserwatorów będzie to totalna głupota. Jednak Paweł dziś mówi, że „nie daj Boże, bym się miał chlubić z czego innego, jak tylko z krzyża Pana naszego”. Mamy iść do ludzi, jak owce, nie jak wilki, bo jeśli mamy głosić im Jezusa, to nie możemy być wilkami. Są w chrześcijanach zakusy, również w naszych rodzinach, by w tym fragmencie usłyszeć inne wezwanie, przestawić te dwa wyrazy i iść do ludzi jako wilki, bo przecież świat dziś taki brutalny mówimy. To jest kłamstwo – mamy iść jako owce między wilki. Mamy być łagodni i dobrzy. Czasem nawet trzeba dać się pogryźć, choć my sami nie możemy kąsać. Bo tylko miłość rodzi miłość. Bóg dał nam siebie jako doskonały tego przykład.

A co my mamy tym wilkom głosić? To czego najbardziej nie chcą słyszeć. Słowo pocieszenia. Człowiek czyni zło wtedy, kiedy w jego sercu ginie radość i nadzieja. Z różnych powodów to się dzieje, to nie jest zawsze wina tego człowieka, czyli grzech. Czasem to są konsekwencje zachowania innych. Tacy ludzie stają się wilkami. Tacy ludzie nie chcą słuchać o Jezusie i dobru. Tacy ludzie robią wszystko, by nam życie uprzykrzyć. A Jezus mówi dziś jedno: mamy do takich ludzi iść z Dobrą Nowiną.

Jasne, że nie każdy od razu musi usłyszeć o tym, że Jezus go zbawił, usłyszeć o dekalogu i naszym poglądzie na in vitro. Takiego człowieka trzeba najpierw zdobyć. Słowem, uśmiechem, dobrocią, brakiem nienawiści i chęci odwetu.

„Wróciło siedemdziesięciu dwóch z radością mówiąc: Panie, przez wzgląd na Twoje imię, nawet złe duchy nam się poddają”. Jestem młodym księdzem, dopiero dziewięć lat mi stuknęło, ale chcę zaświadczyć, że to jest źródłem wielkiej radości fakt głoszenia. Nie tylko z ambony. W codzienności, w rozmowach, ale przede wszystkim we wspólnym byciu z ludźmi. Kiedy wraca się po jakiejś robocie z Jezusem, dla Jezusa, jest radość. Czasem okupiona zmęczeniem, ale radość.

I nie liczą się efekty. Najważniejsze jest zasianie ziarna. Reszta należy do Pana. I to ważna wskazówka dla nas. Nie dla efektu mamy iść do ludzi. Mamy iść bezinteresownie i cieszyć się z tego, że nas Pan posyła. Jesteśmy posłani, nie jako tłum katolików, ale jako ja, osobiście. Jesteśmy posłani, Pan nam ufa i nas posyła. Pytanie, czy my chcemy iść? Wolimy gadać o swojej słabej wierze, niegodności, nieprzygotowaniu, czy wolimy iść? Do kochania innych też nie jesteśmy do końca super przygotowani, a jednak ludzie ryzykują i się żenią, za mąż wychodzą.

Trzeba podjąć ryzyko i iść, pozwolić sobie na blizny, które z dumą się pokazuje. Podjąć ryzyko budowania Kościoła żywego. Większość z nas nauczyła się, że Kościół jest, bo „zawsze” był. Tymczasem Kościół się staje. Albo będziemy go ożywiać, pisać „nowe Ewangelie” naszego życia, które będą innym głoszone i będą ich doprowadzały do Chrystusa, albo będziemy instytucją z piękną przeszłością, ale której perspektywą będzie śmierć. Będziemy Żywym Organizmem Chrystusa, albo sędziami współczesności i człowieka.

Mamy się chlubić z Chrystusa ukrzyżowanego. Nie z czego innego. Nie z naszej bezgrzeszności, pobożności, pięknej liturgii i czego tam jeszcze. Ja mam być ukrzyżowany dla świata, a nie mam tego świata krzyżować. Niech więc Pan Jezus znów dziś zdejmie z nas wszelkie sprawy, które wydają się nam jakąkolwiek zasługą i pośle nas nagimi do świata.