Zaznacz stronę

To jest czwarty tekst na Wielki Post, z cyklu BANITY o jałmużnie. O idei przeczytasz TU.

Pomóc drugiemu to oddać część siebie. Nie z zasobów swojego konta, czy z zawartości swojej szafy, choć i to jest częścią jałmużny. Ale nie sednem. Dać siebie można wtedy, jeśli zobaczymy drugiego z jego nędzą, upadkiem, czasem upodleniem. Brakiem. Jednak musimy też dostrzec samych siebie – w nędzy, w upodleniu. Żeby zdobyć się na pokorę. Jak pisał ks. Tischner: „Inny jest tym, czym nie jest i czym musi uzupełnić swój brak. Jest głodny i potrzebuje chleba, jest spragniony i potrzebuje napoju, jest bezdomny i potrzebuje mieszkania. […]Inny zbliża się, aby się «karmić mną»”. Żeby pomóc drugiemu, trzeba najpierw go dostrzec, musi się on znaleźć w orbicie mojej wrażliwości.

Piszę to wszystko i nie mogę opędzić się od wspomnienia sprzed parunastu lat. Olbrzymi, zwalisty facet, pijany do nieprzytomności, wielokrotnie wstaje na nogi, chwieje się i wali tyłem głowy w krawężnik. Agresywny, brudny od krwi i wymiocin. Stoimy na przystanku, ludzie się śmieją, kompletnie nie wiem, co zrobić. Pewnie bym zadzwonił po pogotowie, gdybym miał przy sobie telefon… Przechodzi zakonnica z dziewczyną, obie drobne. Siostra przejmuje inicjatywę, przytrzymuje mężczyznę, obciera z brudu. Dzwonią po pomoc.

Być gotowym do przyjścia z pomocą. Czujnym, uważnym. Nie wtedy, kiedy jest mi wygodnie. Kiedy mam luksus dysponowania własnym czasem. Kiedy można załatwić sprawę „szeleszczącym papierkiem”. Mieć „wyobraźnię miłosierdzia” – dostrzec potrzebującego, gdy inni patrzą, a nie widzą. Wyjść poza swój egoizm, gotowe plany, przyzwyczajenia.

Lech Giemza