Zaznacz stronę

Najpierw słyszę Jezusa i Jego pytanie: coście wyszli oglądać? To jest pytanie, które musi skonfrontować moje oczekiwania związane z Bogiem z rzeczywistym Bogiem. Bóg, ten prawdziwy nie ma nic z wygody, która ma sprawić, że ja czuję się dobrze. On musi być Bogiem niepokojącym, Bogiem, który rozwala nasz świat. Jak? Leczy choroby, daje wolność, rozwala granice, uzdalnia ludzi do wolności. A my, przyzwyczajeni do wygodnej religijności, która okrywa nas wygodną szatą konwenansów, tradycji i schematów musimy ugiąć się pod Jego działaniem.

O jak łatwo zbudować sobie państwo, religię i mały świat, budując wokół siebie kordon policji, wojska, polityków, ludzi wpływowych. Jak łatwo w tym kordonie stanąć na katedrze i mówić: „jesteście źli, bo nie pasujecie do naszej wizji”.

Co to się stało, że dziś ludzie mało religijni czy wręcz spoza Kościoła bardziej rozumieją potrzebę bycia otwartym na innych? I jak to się stało, że my – pobożni, bronimy się przed tą otwartością biorąc Boga na świadka. Jak łatwo nam przychodzi powiedzieć do nich: wasza otwartość jest grzechem, a więc my nie możemy być jak wy, bo razem z wami się stoczymy.

Coraz częściej mam wrażenie, że próbujemy z Kościoła zrobić nie tyle oazę, w której mogę odpocząć ludzie, a twierdzę dla swoich, twierdzę tak próbującą się pozamykać „z obawy przed…”, że ludziom nawet nie chce się tam już pukać. Dlaczego tak jest, że większość prób wyjścia do tych spoza oazy, jest kwitowanych przez tych z oazy, tekstami typu: bratasz się ze światem, rozmydlasz nauczanie, chcesz się przypodobać światu? Gdzie utraciliśmy Ducha, który chce nas uczyć, co i jak mamy mówić w danym momencie? Dlaczego wolimy Duchowi mówić: mam swoje przepisy, wytyczne, nie chcę widzieć człowieka, ale widzę casus do rozwiązania? 

Jak to się stało, że czytamy w kościele, podczas Najświętszej Eucharystii słowa Jezusa: bo byłem przybyszem i (nie)przyjęliście Mnie, kiwamy głowami, mówimy głośno: Amen, a później mówimy przybyszom, nawet ich na oczy nie widząc, a słuchając zatrwożonych o swoje posady głupich polityków: jesteście złodziejami, gwałcicielami, niszczycielami naszej cywilizacji, chcecie zabrać nam nasze ziemie i wiarę?

Jak to jest, że potrafimy podczas liturgii mówić o radości, a później być ludźmi, którzy pozwalają na smutek dzieci, bo godzimy się na ich bicie i zasłaniamy się profesorskimi i księżowskim autorytetami? Jak to się stało, że potrafimy zjeść Ciało naszego Pana, dbając o to, by zrobić to z wielką czcią, a później wychodząc z Uczty plujemy na kogoś bo nas obraził, bo powiedział nam słowa, które zabolały? Jak to jest, że mamy święcenia kapłańskie, a później mówimy o spisku masonów, Żydów i gejów zamiast mówić o Śmierci i Zmartwychwstaniu Pana?

Tak, Pan dziś mówi: wzmocnijcie ręce i kolana osłabłe, ale niekoniecznie Pan znów chce nas pocieszać, może Pan daje nam w tym zdaniu zadanie, byśmy poszli do tych, których wykluczamy w imię Boga i religijnej poprawności? Byśmy ludzi przestali traktować jak problemy moralne, zawsze gorsze od naszej nędzy, a w końcu przyznali się do swojej nędzy i poszli do innych nie by im powiedzieć: jesteś nędzarzem, ale przyjąć ich nędzę, jak Pan przyjmuje moją?

Oj pokręciło się nam to wszystko. Kiedyś wyznawaliśmy Boga, który jest dobry, jest miłością. Dziś my stajemy się Bogami, ale nie ma w nas dobroci i nie ma w nas miłości. Jest w nas pyszne bóstwo, które wiecznie jest niezadowolone, bo zapomniało kim naprawdę jest.

Pokręciło się nam, ale da się to odkręcić. Serio.