Zaznacz stronę

Podczas weekendowej imprezy w domu jednego z faryzeuszy Jezus zauważa ludzi, którzy za wszelką cenę chcą zaistnieć w świadomości innych.

Każdy człowiek potrzebuje zauważenia, tylko niektórzy udają, że takiego zainteresowania nie potrzebują. Robią to z premedytacją, albo tak bardzo nie lubią swojego życia, tak bardzo nie potrafią się nim cieszyć, że potrzebę zauważenia spychają gdzieś daleko do pozornego niebytu swojej podświadomości. Chrześcijanie z pokorą mają problem. Często uczono nas, że pokora w kontekście naszej wiary to poniżanie siebie. Mówienie o sobie, pokazywanie siebie, poprzez swoje postawy, że ja się nie liczę. Tylko że takie samoponiżanie się, nie ma nic wspólnego z pokorą, a bardziej jest pychą. Chrześcijanin, dziecko Boga, ma być człowiekiem, który zna swoją wartość i potrafi się swoim życiem cieszyć. Cieszyć się życiem to nie znaczy, że jestem zawsze zadowolony: z warunków w jakich żyję, że mam nie pragnąć więcej i bardziej. Widząc realnie to, co mam, to, kim jestem, nie udaję z jednej strony kogoś, kim nie jestem, a z drugiej dążę do bardziej, do więcej.

Z pokorą złączona jest bezinteresowność. Znów, nie idzie o to, że wszystkim wszystko daję i nie chcę zapłaty za swoją robotę. Chodzi o szerokie serce, a więc takie, które nie szuka własnego interesu. Takie, które nie użala się nad swoją biedą, swoją małością i nie mówi o swojej niegodności. A potem w ciszy upaja się tym, że jest lepsze od innych. To jest fałsz. Jezus nie uczy nas samoponiżania się. Jeśli ktoś tak postrzega chrześcijaństwo, to się z Jezusem rozminął. Mamy walczyć o swoje, mamy się uśmiechać, mamy wyjść z ciemnego zaułka kościoła, mamy pokazać innym swoją twarz, mamy mieć odwagę powiedzieć, że wiele znaczę w tym świecie.

Jako ludzie przystąpiliśmy do wielkiego towarzystwa. Do Boga samego, do świętych, do wielkich (por. List do Hebrajczyków). Przypomina nam to, że naszym powołaniem nie jest siedzenie w ciemnościach, we mgle i smutku. Naszym powołaniem jest wyjście zza mgły, z ciemności, z niemocy i podniesienie głowy. W tej sytuacji życiowej, w której jesteśmy. Nie w tej wymarzonej, która może kiedyś się przytrafi. TU i TERAZ. Podnieśmy nasze głowy; uśmiechnij się do siebie i powiedz sobie otwarcie, że Twoje życie jest piękne. Tylko że ta godność, którą nam Bóg daje, nie jest tylko manifestem w stosunku do innych, mówiącym uważaj, ja mam godność. To jest też autozadanie, żebym sam jej nie zgubił. Bym pokornie potrafił sobie powiedzieć, że są takie dziedziny w moim życiu, gdzie łatwiej mi upaść. Ja sam muszę sobie przypominać o swojej godności wtedy, kiedy mam ochotę robić rzeczy, które tej godności zaprzeczają.

Człowiek pokorny nie musi innym zazdrościć. Człowiek taki potrafi określić, co potrafi, jakie ma zdolności i czego mu w sobie i w życiu brakuje. Działa, walczy o wypełnienie tych braków, ale i też potrafi powiedzieć, że pewnych spraw nie zmieni. No bo przecież jak się ma 165 cm i 41 lat, to nie ma co walczyć o wyższy wzrost, ale jak się ma 41 lat i kilka kg nadwagi, to się da. I trzeba się pokornie do tego przyznać i działać, nie jęczeć.

Jezus mówi tę przypowieść, bo chce nam przypomnieć, że jesteśmy wolni, w sensie wolności wewnętrznej, która pozwala człowiekowi żyć w przekonaniu, że nie ma żadnej siły, wewnątrz mnie, jak choćby kompleksy; zewnątrz, jak choćby toksyczne relacje, nie ma takiej siły, która mogłaby mnie – chyba, że na to pozwolę – zniewolić. Dlatego jeszcze raz powtarzam, podnieś głowę i nie bój się. Pokora, do której wzywa nas Pan, to nic innego jak odkrycie wielkiej naszej ludzkiej godności i adekwatne do tego odkrycia życie w codzienności.

SŁOWO