Zaznacz stronę

Dzisiejszy fragment proponuję odczytać na dwa sposoby. Pierwszy dosłowny, warto trochę odpocząć, mówiłem o tym rok temu w ten sposób: KLIK. Drugi bardziej w przenośni – widząc w tym fragmencie opis modlitwy.

Widać przede wszystkim, że modlitwa nie jest gadaniem przed Bogiem dla Niego samego. On nie potrzebuje naszego gadania, ale wie, że człowiek potrzebuje. Więc pierwszy aspekt modlitwy jest taki, że przychodzę do Niego i opowiadam o tym, co się u mnie dzieje. Nie to, co wydaje mi się, że Bóg chce usłyszeć (bo tak mnie wyuczono), ale mówię o tym, co się u mnie dzieje. Bardzo ważna sprawa, żeby modlitwa była czasem opowiadania o realnym życiu. Często ludzie mają wyrzuty sumienia z powodu tak zwanych rozproszeń czyli tego wszystkiego, co im w myślach przychodzi podczas modlitwy. Zamiast (często to słowo pada) myśleć o pobożnych sprawach (zastanawiam się zawsze co miałoby to znaczyć), pojawiają się myśli o rodzinie, pracy, pieniądzach, jakichś wydarzeniach, a nawet o seksie. Warto, bardzo warto, zanim to wszystko nazwiemy pokusami i złem, zauważyć, że to wiele tematów, które warto przegadać na modlitwie, warto w końcu się nimi zająć, bo właśnie one są częścią naszego życia, a nie abstrakcyjne myślenie o barokowych aniołkach z ołtarza.

Trzeba zauważyć, że ważniejsza, niż temat, jest sprawa odejścia na miejsce pustynne. Ważne jest podjęcie decyzji, że daję sobie czas na odejście od tego, co jest moim codziennym hałasem. Nie, nie trzeba mieć w domu kaplicy, specjalnego pokoju modlitwy. Nie trzeba jechać do Guadalupe. Zawsze to podkreślam, że można usiąść w pokoju obok, wyjść na balkon, na klatkę schodową, usiąść w parku, czy pojechać do przysłowiowego lasu, a nawet skorzystać z łazienki czy ubikacji. Bóg jest wszędzie. Ważne jest to bym ja wiedział, że to jest teraz moje miejsce pustynne.

Czasem będzie tak jak w tej Ewangelii. Inni zobaczą, że odchodzę na miejsce pustynne i pojadą za mną, bo mnie potrzebują. I trzeba umieć wtedy zrezygnować ze swojej pustyni. Ale UWAGA! Zrezygnować, bo oni mnie potrzebują. Wtedy moją modlitwą staje się moja robota dla nich. I zrezygnować w tym momencie, ale to nie znaczy, że całkiem zrezygnować. Czasem to będzie rezygnacja z 15 minut z moich 30, albo będzie to znaczyło, że wrócę do tej pustyni później. I tu pojawia się kolejny element: dyscyplina. Ja wiem i pamiętam o tym, że zrezygnowałem z pustyni, ale do tego wrócę, bo musze mieć czas, w którym będę na osobności. Muszę, bo potrzebuję tego ja, nie Bóg. Ja potrzebuję odpocząć (zdystansować się) od codzienności, ja potrzebuję przegadać (nie koniecznie trzeba mówić, ale chcę do tego, co jest moją codziennością wpuścić Boga).

Bóg na serio nie potrzebuje naszych pobożnych wierszyków. Byłoby w naszych relacjach jakąś straszną masakrą gdybyśmy całe życie do tej samej osoby, zawsze o tej samej porze mówili ten sam wierszyk.