Zaznacz stronę

Niektórzy z Was wiedzą, że od dwóch tygodni wiem, że jestem ozdrowieńcem. Na marginesie, takie słowo zawsze kojarzyło mi się z horrorami, w których występuje jakaś zaraza. 

To, co napiszę najbardziej kieruję do tych, co ignorują COVID, co ciągle myślą i mówią, że tonie wielkiego. 

Po zebraniu wszystkich danych najprawdopodobniej zaraziłem się w szkole, a „jedyne” objawy jakie miałem wiązałem (lekarz także) z przeziębieniem, którego nabawiłem się podczas urodzinowej przejażdżki rowerowej – 25 X. Wpadłem wtedy po łydki do zimnej wody i przez godzinę wracałem coraz bardziej zmarznięty do domu. Kolejnego dnia zaczęły się klasyczne objawy przeziębienia, które zwalczałem podstawową chemią i środkami domowymi. Od wtorku, przez tydzień zostałem w domu. Przeziębienie wyleczone, wróciłem do zajęć, ale czułem się dziwnie. Wszystko zwalałem na przebyte przeziębienie. Po 10 dniach pojechałem na rowerową wyprawę, ale po ok. 4-5 km wróciłem do domu. Zwaliłem to wtedy na brak siły, na mocny wiatr i dość słabe poczucie psychiczne. Nie zauważyłem wtedy, że zaczynam popołudniami przesypiać godzinę. W kolejną sobotę pojechałem na dłuższą przejażdżkę, dałem radę, ale czułem, że nie mam siły, że więcej ludzi mnie wyprzedza niż zwykle, że mnie to naprawdę więcej kosztuje. Wtedy drzemki popołudniowe stały się codzienne. Dla mnie to było bardzo dziwne, bo nigdy w życiu tego nie robiłem, mógłbym naprawdę policzyć na palcach, ile razy w życiu mi się to zdarzyło, zawsze się z tego – u innych – śmiałem. W międzyczasie w naszym domu, wszyscy – oprócz jednego z braci – polegli na COVID (stosowaliśmy się do wszystkich wytycznych SANPEID-u). Dziwiło mnie to jak to się stało, że mnie to nie chwyciło. Zrobiłem testy na przeciwciała i okazało się, że jest „po”. Miałem przeciwciała, byłem ozdrowieńcem. 

Jestem jednym z tych, co nawet nie wiedzieli, że chorują. Dalej, każdego dnia potrzebuję godziny snu, po prostu przychodzi moment, w którym jakby ktoś wyłączał zasilanie. Nawet bez wielkiego wysiłku. Szybciej się męczę. Trudniej mi zebrać myśli, koncentrować się. Ciągle czuję podczas jazdy na rowerze, że nie jest to moja „norma”. 

Wiem, że jest koniec grudnia, mniej słońca, mam za sobą ciężki rok. Jednak dziś, kiedy składam to wszystko w całość, widzę, że choć samo przechodzenie choroby nie było spektakularne, to jednak ma to swoje skutki. 

I nie pomaga (i nie jest to najlepszym sposobem radzenia sobie) picie kolejnej kawy. Nie ignorujcie tego dziadostwa, nie pozwólmy sobie na myślenie: byleby to mieć za sobą albo przejść bezobjawowo. Przez te miesiące od marca, dostałem dziesiątki próśb o modlitwę i opisów tego, co wirus robi z ludźmi, jak padają całe rodziny, umierają małżeństwa, jakie powikłania ma u bezobjawowych dzieci. To jest naprawdę groźny i agresywny przeciwnik. A wobec przeciwników – by wygrać – trzeba mieć pokorę. Nie uniżenie, ale pokorę. Nonszalancją i głupotą nie wygrywa się wojny. 

Ps. Nie napisałem tego tekstu, by zbierać 'porady'; jestem w kontakcie z lekarzem.