Zaznacz stronę

Czasem myślę, całkiem poważnie, że oszalałem.

Napisałem dziś sms do Łukasza: „Jestem tak … słaby i tak bardzo się do tego nie nadaje”. Do bycia księdzem, proboszczem, przełożonym. Żyję w jakimś swoistym rozdwojeniu: z jednej strony wiem, że robię to dobrze, a z drugiej, mam naprawdę takie szczere przekonanie, o którym napisałem Łukaszowi.

Nie, nie chodzi o zwykły kompleks mniejszości. Tu chodzi o coś głębszego, bardziej fundamentalnego. Wiele razy już pisałem o swojej słabej wierze, albo mocnej nie – wierze. Znacie mnie z tej strony.

Każda niedziela to między innymi godziny w konfesjonale. Lubię spowiadać, lubię siedzieć w ciasnym pomieszczeniu, które dla mnie jest bardzo symboliczne, jak pudełko, do którego ludzie wrzucają dziadostwa, by wyjść bez nich. I dziś właśnie spowiadając, uświadomiłem sobie, że w ciągu dnia są trzy momenty, kiedy wierzę w Boga, to znaczy mam taką nadzieję. Poranna adoracja, Eucharystia i kiedy spowiadam. Szczególnie te dwa ostatnie – to są momenty, w których oczywiste jest, że Bóg JEST. Mówię, działam w Jego imieniu i mam 100% pewności. Wracam do zakrystii, wychodzę z konfesjonału i koniec. Jakby ktoś mnie, za każdym razem zrzucał ze skały.

Boję się, że pewnego dnia całkiem oszaleję, ale znów w tym lęku przypominam sobie, że od ponad 20 lat modlę się: zabierz mój rozum. Wszystko jest przecież Jego, mój rozum, moje dobre imię, moje powodzenie, autorytet. Wszystko. Co z tego, że tracę wiarę, skoro ona do Niego należy. Co z tego, że boję się, że kiedyś ktoś odkryje moje grzechy i będę się wstydził tak bardzo, że ucieknę w góry, skoro moje dobre imię należy do Boga?

Kocham spowiedzi, w których ludzie wyznają najcięższe grzechy, przyznają się do wcześniejszego zatajenia starych grzechów. Czuję wtedy napięcie z ich strony, strach przed osądem, ostrym słowem. Lubię to rozbrajać prostym: On cię kocha. Szalenie kocha. I aż się dziewie, że ja człowiek – bez wiary, z tak wielką wiarą wypowiadam takie słowa.