Zaznacz stronę

Dostałem list, w którym młody człowiek (wierzący i pobożny) napisał mi, że należy mówić głośno o grzechach homoseksualistów głośno, bo: „Bóg się tym brzydzi”. Nie wiem czy Bóg odczuwa obrzydzenie; wiem, że my ludzie – tak. I mam wrażenie, że kiedy pada takie zdanie, to ono więcej mówi o obrzydzeniu wypowiadającego niż samego Boga.

Czyny homoseksualne, podobnie jak inne nasze grzechy – owszem są czymś czego Bóg nie chce w nas i tego nie aprobuje. I nie sądzę, by Bóg był mędrcem, który robi coś, co my próbujemy robić: bawi się w słowne ćwiczenia, polegające na oddzieleniu grzesznika od grzechu. Grzech nie egzystuje poza człowiekiem. To jest jakaś tajemnica, ale dopóki żyjemy tu na ziemi, tworzymy z grzechem dziwną jedność.

Na pomoc z tym dylematem przyszła mi wyświechtana przypowieść o Dobrym Samarytaninie, którą będziemy jutro czytać w kościołach. Zazwyczaj czytana przez nas jako tekst o tym, że mamy być dobrymi ludźmi. Brzmi ona tak:

Jezus nawiązując do tego, rzekł: «Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców. Ci nie tylko że go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na pół umarłego, odeszli. Przypadkiem przechodził tą drogą pewien kapłan; zobaczył go i minął. Tak samo lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, minął.
Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go.
Następnego zaś dnia wyjął dwa denary, dał gospodarzowi i rzekł: Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał.
Któryż z tych trzech okazał się według twego zdania, bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców?»
On odpowiedział: «Ten, który mu okazał miłosierdzie». Jezus mu rzekł: «Idź, i ty czyń podobnie».

Człowiek w rowie to grzesznik – każdy z nas, leżący po pobiciu przez słabości i grzechy. Rany tego człowieka to symbol skutków pobicia. Jego stan jest opłakany, wygląda na półumarłego – wygląda tak okropnie, że pobożni ludzie (kapłan i lewita) omijają go szerokim łukiem, bo śmierdzi, bo można się zarazić jakimś choróbskiem, bo według nich powinien doprowadzić się do porządku, by być na ich poziomie, by być godnym spotkania z nimi. Pominięcie go, przez nich, nie sprawia, że lepiej się poczuje, że wróci do zdrowia. Kto wie, czy nie padło z ich ust: dobrze mu tak, jest winien tego, że tak leży, bo mógł iść inną drogą, być bardziej uważanym.

Podchodzi Samarytanin – on jest Jezusem. Podchodzi i bez wyrzutów wzrusza się moim widokiem. To jak wyglądam po upadku i pobiciu – wzrusza Jezusa. On się nie brzydzi moim grzechem, nie czuje się obrażony, ale jest wzruszony. Opatruje, zawozi do gospody i płaci za moje zdrowie. Bóg działa inaczej niż pobożni ludzie.

Muszę jako grzesznik uznać, że leżę w rowie półumarły. Jasne, funkcjonuje mój organizm, ale nie mogę już nic działać, jestem zdany na łaskę Boga. Jeśli mówimy o chrześcijaństwie to muszę uznać swoją słabość i niemożność działania. Wtedy On przychodzi i wzrusza się moim widokiem. Leczy mnie i doprowadza do stanu, w którym mogę działać. Jednak jest we mnie dużo wdzięczności, która pcha mnie do robienia dobra, niewygrażania szabelką innym grzesznikom. Sam doświadczając mocno swojej słabości i zbawienia już nigdy nie będę odczuwał potrzeby głośnego wypominania innym grzechów.