Zaznacz stronę

Przede wszystkim pojawia się w tej perykopie częsty motyw – faryzeusz, który zaprasza Jezusa, ale wcale nie ma czystych intencji, co zresztą później Jezus demaskuje. Zaprasza, bo ma w tym jakiś interes. Może chciał zaspokoić swoją ciekawość, podnieść swój prestiż, a może należał do tej grupy, która próbowała notorycznie Jezusa pochwycić na jakimś słowie? Nie wiemy tego, ale jest w nim „coś”, co prowokuje Jezusa do powiedzenia kilku niełatwych zdań.

W jakim celu zapraszam Jezusa do siebie, do swojego domu, życia, po co ja tak naprawdę jestem w Kościele? Czy to, co nazywam swoją więzią z Bogiem jest nią rzeczywiście, czy raczej Bóg jest jakoś przy okazji. Nie chodzi o proste deklaracje, ale porządną rewizję swojego życia. Nie chodzi też o prostackie wyszukiwanie grzechów i dowalanie sobie stwierdzeniem, że moje życie duchowe jest słabe. Idź głębiej.

Później jest obraz Jego miłości do nas. On mnie nie kocha ze względu na moją pozycję społeczną, godność czy zasługi. Nie kocha mnie dlatego, że w odpowiedni sposób się ubieram, czy modlę. Znajomość wszystkich przepisów prawa cywilnego i kościelnego, wszystkich rubryk z mszału i przepisów jakiegokolwiek Soboru nie sprawia, że Bóg kocha mnie bardziej niż innych. Nie sprawia też, że jestem bardziej sprawiedliwszy w Jego oczach niż ci, którzy wydają się mi (albo jestem o tym przekonany) gorsi. Jego miłość nie jest uwarunkowana jakakolwiek moją odpłatą. Jego miłość i szczęście wypływają z tego, że ja – taki właśnie nędzarz – przyjmuję Jego zaproszenie. Teraz, albo po śmierci.

Kolejny tekst o Jego miłości? O czymś, co dla wielu wierzących jest zgorszeniem, bo uważają, że podkreślanie Jego miłości jest mało wychowawcze, wręcz rozleniwiające chrześcijan. Miłość Boga (i mówienie o niej) nie jest nigdy rozleniwiająca. To, co mnie może rozleniwić to egoizm i jakiś subiektywny obrazek miłości Boga do mnie. Nie możemy jako chrześcijanie oburzać się na prostą Ewangelię: Bóg jest dobry. Nie możemy, bo On naprawdę jest dobry dla wszystkich; dobrych i złych.

Można nierzadko odnieść wrażenie, że wielu z nas nie chce wyjść z Starego Testamentu. Tamta logika, która opierała się na zewnętrznej sprawiedliwości była  bardzo wygodną, prosto można było uczynić podział: sprawiedliwi i grzesznicy (a więc wszyscy ci, którzy nie przestrzegali prawa). A jednak jesteśmy w Nowym Testamencie, gdzie wielu sprawiedliwych okazuje się nieprzyjaciółmi Boga. Nie myślałem nigdy o tym, że uświadomię sobie coś tak strasznego, jak to, że Miłość Boga będzie odrzucana. Nie tylko przez tych, którzy z lęku nie chcą do Niego wrócić, ale też przez tych, którzy jak starszy brat z przypowieści o Ojcu Miłosiernym zaczną tupać nogami na to, że Bóg chce być dobry dla tych „gorszych”. Pojawia się w nas taka pokusa, by Kościół był pełen ludzi, takich „jak my (ja)”, a On mówi nie zapraszaj takich, jak ty, ale ułomnych, chromych i śmierdzących.

Parę dni temu napisałem, że mam wrażenie, że Jezus wyniósł się z poszczególnych Kościołów lokalnych, ludzi Kościoła. Kiedyś kard. Bergoglio miał rzec: „Odnoszę wrażenie, że Jezus został zamknięty w Kościele i że puka do drzwi, bo chce wyjść, bo chce odejść”. Wiem, że Kościół jest miejscem obecności Boga, i że On go nie opuści, ale można rzeczywiście odnieść wrażenie, że zrobiliśmy z niego placyk zabaw, gdzie każdy przychodzi ze swoimi zabawkami i chce, by wszyscy bawili się tylko w jego zabawy. A Chrystus jest tylko bezradną przedszkolanką, która stoi bezradna, bo dzieci, kiedy chce się przywołać do porządku tupią nogami i krzyczą. I tak, jak przedszkolanka związana jest prawami wolności i nie może przyłożyć rozwydrzonym dzieciakom, tak On jest związany prawem wolności.

Wszyscy musimy zobaczyć, że Bóg jest miłością za darmo, nie stawia żadnych warunków, ani mi, ani nikomu innemu. Miłość Boga do mnie, objawia się w tym, że On kocha tego, którego ja nie chcę pokochać.

SŁOWO