Zaznacz stronę

Wstaję wcześnie, biorę prysznic, robię potrójne espresso. Pijąc je patrzę, co dzieje się w świecie. Odmawiam jutrznię i idę do kaplicy. Zapalam świecę na ołtarzu i wystawiam Pana Jezusa. Siedzę przed Nim pół godziny.  W ten sposób w ostatnim czasie swojego życia zaczynam kolejne dni.

Czytam dziś [KLIK] o konieczności budowania na Skale. Często słyszę z ust hierarchów, polityków o tym, że musimy znów odkryć chrześcijańskie fundamenty i wartości. Szczerze, kiedy słyszę te hasła to mnie już mdli. Wielu nawet nie wie, co to są te wartości chrześcijańskie, które miałyby być fundamentem, ale mówią o nich, bo czują, że takie jest oczekiwanie.

Patrzyłem rano na Jezusa, który jak wierzę jest obecny w białej hostii. Doszła do mnie banalna prawda: On JEST fundamentem. Albo będę wracał do Niego, nie do mitycznych wartości i fundamentów chrześcijaństwa, albo ciągle moje życie będzie się kręciło wokół czegoś, czym łatwo manipulować.

Wracanie do Jezusa – ‚czystego Jezusa’, nie wartości sprawia, że każdy, kto to robi staje się nagusieńki. W oczach Boga stajemy się tak samo równi w ludzkiej nędzy. Uznanie tej nędzy powoduje, że możemy budować nasze myślenie, decydowanie i działanie – nie przeciwko drugiemu, ale dla drugiego. Jezus, w przeciwieństwie do „wartości i korzeni” nie daje sobą manipulować. Albo uznaję, że On JEST Bogiem, albo próbuję bogiem uczynić siebie, ale wtedy nie idę do przodu, nie rozwijam się, stoję w miejscu, bo ja staję się centrum.

Każdego dnia, rano, nie tyle buduję fundament, co staję naprzeciw Fundamentu i uświadamiam sobie, kto jest kim. To mnie nie upokarza, nie stawia do kąta, ale daje mi siłę do tego, by budować cały dzień. RObić dobre, czasem wielkie rzeczy, ale też dobrze przyjmować porażki, których każdego dnia nie brakuje.