Zaznacz stronę

W tych dniach przez nasz kraj przechodzi fala tęczowych protestów, wcześniej szła fala czarnych protestów. Wielu ludzi wierzących, a więc Kościół, uważa uczestników tych protestów za grzeszników i chorych. Sytuacja jest taka (bardzo upraszczam), że na drodze ludzi wierzących pojawiają się ci, którzy według nich źle się mają.

Czytam dziś w SŁOWIE, że na drodze Jezusa pojawiali się cierpiący. W psalmie czytamy o bożkach, które mają nogi, a nie chodzą, mają uszy, a nie słyszą. Mają wszystko, ale nic się nie dzieje. Jezus spotyka ludzi cierpiących i ich uzdrawia. Kładzie na nich ręce, wchodzi w nimi w relację.

My – Kościół – bardzo często odpowiadamy albo wrogością, albo wystawiamy ludzi z modlitwą, która zawsze ludziom „drugiej strony” kojarzy się jak działanie „przeciw nim”. A może trzeba nam odważyć się – jak Jezus – wykorzystać nasze nogi, oczy, ręce, słuch, mowę do tego by się SPOTKAĆ, by siąść przy jednym stole i się posłuchać, dać możliwość wypowiedzenia żalu i bólu? Jezus, tym których spotkał przywracał radość życia, dając im zdrowie, my bardzo często jesteśmy jak bożkowie, którzy wszystko mają, ale nie działają. Jezus działał tak, że wierzący ogłosili Go satanistą, my robimy wszystko tak, by nikt nas się nie czepiał. Ze strachu przed opinią nie spotykamy się z człowiekiem, ale od razu oskarżamy go o satanizm.

Z tych, którzy mają być oskarżani (jak Pan), stajemy się oskarżycielami.