Zaznacz stronę

Winny jest Kramer i jemu podobni wraz z Wyborczą, tak mówią, a nawet krzyczą ci z „prawej”. Winni są tacy, jak Międlar i Kneblewski z narodowcami, tak mówią, a nawet krzyczą ci z „lewej”. Są oczywiście wymieniane i inne powody: brak edukacji seksualnej, a z drugiej zbytnia seksualizacja wszystkiego; religia w szkole, a z drugiej zbytnie wycofywanie się Kościoła z różnych przestrzeni publicznych. Inni mówią, to przez to, że Kościół jest konserwą, by zaraz usłyszeć od innych, że ciągle się liberalizuje.

W ten sposób można odnieść wrażenie, że wszystkim zależy na dobru Kościoła i jak największej ilości ludzi w tymże Kościele. Jednak to tylko wrażenie. Tak naprawdę „jedni” i „drudzy” szukają tylko argumentów, aby siebie usprawiedliwić lub mieć coś, czym można przyłożyć w „tamtych”.

Pewnie, że Kramer, Międlar, Kneblewski, narodowcy, homoseksualiści, grzesznicy wszelkiej maści, są winni tego, że ludzie czasem od Kościoła odchodzą. Również ludzie młodzi. Tak, jak winny może być papież Franciszek albo Benedykt XVI. Rzecz jest w czym innym jednak. Jeśli ktoś z Kościoła odchodzi, to znaczy, że w Kościele był, brał w jego życiu udział. I w pewnym momencie odszedł na mocy swojej decyzji. Dla mnie to jest bardzo nieuczciwe traktowanie ludzi, wręcz uwłaczające ich rozumowi, kiedy mówi się, że podjęli tak ważną decyzję o swoim życiu pod wpływem takiego czy innego człowieka. To są naprawdę autonomiczne decyzje, które ludzie podejmują w sposób świadomy i dobrowolny. Byłem w czymś, ale z tego odchodzę.

Kolejna ważna, zasadnicza sprawa, którą analizatorzy powyżsi pomijają, nazywa się życie duchowe. Wszystkie te analizy – jak już wspomniałem – nie mają na celu dobra Kościoła czy jego członków, ale posiadanie argumentu „przeciwko”. Problem jest w tym, że ludzie odchodzą od Kościoła i wiary, bo przestają się modlić. Wiem, wiem to taki banalny argument, ale tak jak nie ma relacji z drugim człowiekiem bez rozmowy, szczerej relacji, tak kończy się wiara, kiedy się jej nie podtrzymuje.

Przez wiele lat przysłuchiwałem się różnym dyskusją na temat spadku powołań w zakonach, na temat odchodzeń z zakonów. Mądre głowy ciągle mówią a to o błędach formacji, a to o złym świadectwie, a to o tym, że w zakonach jest za wygodnie, a to, że za trudno. Rzadko mówi się o życiu duchowym, o prostej, codziennej, szczerej modlitwie. Bez niej powołanie, w najbardziej korzystnych warunkach, umiera.

Odejścia z Kościoła (i zakonu) nie są już dla mnie dramatem. Raczej patrze na nie jak na szansę. Dla Kościoła i odchodzących. Dla Kościoła, bo może to szansa byśmy – jako wspólnota – przestali patrzeć na liczby, a zaczęli świadczyć o Panu Jezusie (wiem, banał). Dla odchodzących, bo może jest to dla nich szansa życia w szczerości, nie w powinnościach i zewnętrznych tradycjach.

Nie o winnych chodzi, ale o to, byśmy sobie jasno odpowiedzieli na pytanie: czy my (to znaczy „ja”) kochamy Kościół? I co z tej miłości wynika. Świadectwo, czy tylko kolejne argumenty (wynikające z pseudo miłości do Kościoła) na dowalenie takiemu, czy innemu człowiekowi lub grupie.