Zaznacz stronę

Do Jerozolimy przyszli Grecy i przy okazji chcieli zobaczyć Jezusa. Kiedy, ktoś chce się z kimś po raz pierwszy zobaczyć, to najlepiej byłoby wtedy usiąść przy stole z tym kimś i pogadać. Posłuchać, co ma do powiedzenia w kilku kluczowych tematach, zobaczyć jak się ubiera i jaki ma wyraz twarzy. Tymczasem Jezus robi coś całkowicie innego. Nawet na moment się z nimi nie spotyka. Przesyła im przez posłańców wiadomość. Ba, żeby to była choć wiadomość typu – przyjdźcie na 17.00 do parku, to się spotkamy. Osobom, które kompletnie Go nie znają, mówi tajemniczo: jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. Rozumiecie? Powiedział to do obcych ludzi, nie mówi tego do swoich uczniów, którzy Go doskonale znają. Nie mówi tego do chrześcijan, którzy, co tydzień chodzą do kościoła na Mszę. Mówi to do kompletnych laików. Czyżby kpił? Nie, myślę, że chce pokazać jedno, że do pociągu, z napisem chrześcijaństwo, może wskoczyć każdy, wręcz w biegu. I to od razu do wagonu z napisem idź na całość. Czasem tak jest, że my wchodzimy w takie myślenie, że trzeba nam czasu, że musimy dojrzeć, dorosnąć, wszystkiego spróbować, doświadczyć, pobabraćsię w takim, czy innym grzechu, a potem możemy wejść do pociągu. Tymczasem Jezus mówi do ludzi, którzy w ogóle Go nie znają, od razu o tym, co zasadnicze.

Mówi, że trzeba umieć stracić swoje życie, a nie chcieć go zachowywać za wszelką cenę. Pierwszym, który jest obumierającym ziarnem nie jestem ja czy ty. Pierwszym jest On. To Jezus jest tym, którego Ojciec wkłada w ziemię i On obumiera, byśmy mieli życie. Jeśli zgubimy ten przystanek w rozumieniu tego tekstu, to będziemy żyć i głosić nic innego jak pozbawione sensu męczeństwo. Tylko człowiek, który mocno doświadczy tego, że Jezus za niego został włożony w ziemię będzie mógł iść dalej i sam stać się obumarłym ziarnem. I nie idzie tu tylko o fizyczne stracenie życia. To też, jeśli trzeba będzie, ale idzie o coś trudniejszego. O tracenie siebie, swojego sposobu życia (swojego, czyli wykombinowanego, wbrew temu, co mówi Ewangelia). Na co dzień, to strasznie trudne, począwszy od naszych relacji rodzinnych, gdzie niejednokrotnie trzeba umieć ustąpić, zrezygnować ze swojego zdania, nie z tchórzostwa, ale na podstawie dobrej decyzji. W naszych relacjach, jak często jest tak, że w imię zachowania życia, albo, co najmniej tzw. twarzy rezygnujemy z pokazaniu innym, że naszym Panem jest Jezus? Ile razy jest tak, że kiedy możemy wybrać trudniejszą opcję, na przykład nie upicie się na imprezie, to tłumaczymy to sobie, że to wyjątkowo, że też mi się coś od życia należy? Ile razy jest tak, że to swoje życie bronimy, kiedy wchodzimy w dwuznaczną, albo raczej jednoznaczną relację z kobietą lub mężczyzną, ot tak, by przeżyć przygodę? To są właśnie momenty, kiedy możemy stracić swoje życie dla Jego Imienia. Wtedy, kiedy pozornie nikomu nic złego się nie dzieje, ale my idziemy na łatwiznę, na mały kompromis. Wtedy za wszelką cenę, chcemy zachować nasze życie.

Zapewne w was, podobnie jak we mnie, kiedy słucha się o takim rodzaju życia, rodzą się dziwne uczucia, może strach, może niepewność, pytanie: czy na tym mam polegać wspaniała przygoda? Przecież życie, w którym ciągle trzeba wybierać rzeczy trudniejsze, jest szalenie dziwne, jakby cały czas na krawędzi. Nawet sam Jezus tak czuł. Mówi dziś: teraz dusza moja doznała lęku i cóż mam powiedzieć? Ojcze, wybaw Mnie od tej godziny.Nie, właśnie dlatego przyszedłem na tę godzinę.

Jezus, też się boi, też odczuwa niepewność, może nawet zwątpienie, tak jak później wyraził to w krzyku na krzyżu, kiedy wołał: Boże, mój Boże czemuś mnie opuścił?Jednak On zostaje. Na to przyszedłem. Nie w sensie, że przyszedłem by cierpieć, że Miom powołaniem jest cierpienie, dziwne wybory czy inność. Nie, moim wyborem jest radykalna konsekwencja. Biorę z życia garściami, ale biorę wszystko. Na to przyszedłem. Przeszedłem na ten świat by żyć, ale żyć prawdziwie, nie tylko w ułudzie wybierania tego, co łatwe.

Jest jeszcze jedno zdanie w tej Ewangelii, które warto dziś zauważyć. Jezus mówi: teraz odbywa się sąd nad tym światem.To zdanie, jest jak kubeł zimnej wody. Zobaczcie, jak często dyskutujemy, mówimy o Bogu, o religii, choćby w mediach, ciągle świadomie, czy też nie na poziomie socjologii? Opisujemy zjawisko, wyciągamy wnioski. To taki bezpieczny poziom, niezobowiązujący. A On, w tym jednym zdaniu, mówi, że jest jeszcze inny, głębszy poziom. Władca tego świata u Jana, to szatan, diabeł. Ten, który dzieli, ten który jest kłamcą i zwodzicielem. Jezus mówi nic innego, jak to, że walka na poziomie ducha trwa. Zły zostaje osądzony. Warto o tym pamiętać z dwu powodów. Po pierwsze. Jeśli chrześcijaństwo ma być tylko socjologicznym zjawiskiem, to lepiej je zostawić. Z tego punktu widzenia – są ciekawsze zjawiska. Po wtóre, walka duchowa. Jeszcze, kiedy mówi się o chrześcijaństwie od strony zachowań, moralności, co światlejsi ludzi i mądrzejsi słuchają, dyskutują. Jednak kiedy się mówi o walce duchowej, część z nas wymięka, mówi, że to jakieś bajki. A to jest właśnie zasadniczy poziom. To jest poziom, na którym doświadczamy zwycięstwa lub porażki, cała reszta, w sensie nasze czyny, nasze myślenie, nasza moralność są już tylko konsekwencją.

To tak jak z tym ziarnem, to co dla nas widoczne w postaci kłosu, rozpoczęło się w procesie obumierania w ziemi. Nie inaczej. On pierwszy, później my. To będziemy świętować za dwa tygodnie.

SŁOWO