Zaznacz stronę

Fatalnym błędem jest udawanie, że znaleźliśmy życie, kiedy patrząc na kałużę, mówimy, że to jest ocean. Zadowalamy się wciąż tym samym, nawet jeśli to jest coś, co zniewala. Musi przyjść taki dzień, moment, w którym usłyszmy św. Pawła: Zbudź się o śpiący, i powstań z martwych. I się obudzimy.

To jest najważniejsze i najtrudniejsze zadanie życia. Zabrać na wędrówkę swoje własne serce, czyli tak żyć, by nie tylko żyć, ale i przeżywać. Zobaczcie wokoło – ilu ludzi tylko wegetuje? Nie wędrują i nie żyją, po prostu są podmiotem różnych naturalnych procesów zachodzących w ich ciele i życiu. Dlaczego tak często przestajemy wędrować? Każdy z nas ma tu swoją ciekawą opowieść o tym, jak wyłącza w sobie opcję przygoda, a włącza opcję wegetacja. Uciekamy od bólu, od porażki, od rozczarowania, a naszym bratem staje się strach o to, że kiedy rozbudzimy w sobie pragnienia i życie, to może nic z tego nie wyjść.

Dlaczego jest tak, że kiedy ogląda się wielką opowieść o życiu, jak choćby, panowie – Gladiatora, czy panie – wielką historię o miłości, np. powiedzmy Titanic (wiem, uprościłem), to nasze serce rośnie i rwie się do przeżycia wielkiej przygody, a kiedy milknie muzyka i schodzą z ekranu ostatnie litery, to już od razu pozwalamy, by nam serce utopiło się w tym, co nas tak na co dzień gnoi? Dlaczego tak bardzo boimy się żyć? Przecież Bóg dał nam oczy, byśmy patrzyli; uszy, byśmy słyszeli; wolę, byśmy wybierali i serce, byśmy mogli naprawdę żyć. Właśnie w sercu rozpoczyna się sukces, bo przecież mężczyzna musi wiedzieć, że jest silny, że ma wszystko co jest mu potrzebne, a kobieta musi wiedzieć, że jest piękna, że ktoś o nią walczy, bo jest tego warta.

Czasem, kiedy spowiadam, odnoszę wrażenie, że jesteśmy ludźmi pustymi w środku. Nie w sensie pychy i próżności, ale w sensie braku życia. Owszem, przychodzimy, spowiadamy się, nawet jest w nas jakieś pragnienie innego życia, a jednak się nie udaje. Prawda jest taka, że my nie jesteśmy puści. Mamy serca, że one dalej są takie jakie Bóg chciał: dzikie, silne, odważne i piękne, tylko zamknięte i ciągle nie odkryte. Jeśli chcemy być mężczyznami i kobietami, którzy potrafią zawalczyć i kochać, to musimy przebudzić nasze nie puste, ale uśpione serca. Nawet za cenę bólu i zmęczenia, bo to jest ostra wędrówka, musimy to zrobić.

Jeśli tego nie zrobimy, grozi nam to, w co dali się wciągnąć saduceusze z Ewangelii. Zamiast szczerze odpowiedzieć sobie na pytanie, czy wierzą w Zmartwychwstanie, czy jest w nich pragnienie pójścia za Bogiem Żywym, rozpoczynają deliberacje na tematy kompletnie nie związane z życiem. Pozwalają sobie na pytania zastępcze, byleby nie zadać pytań prawdziwych. Łatwiej pytać o rzeczy drugoplanowe, niż zapytać siebie samego, o co mi w moim życiu tak naprawdę idzie?

Musimy skierować nasze serca ku Bogu. To nie jest tylko taki grzecznościowo-religijny zwrot; zwrócić serce ku Bogu to nic innego, jak zapragnąć tego, by być jak On, by znów stać się silnym i pięknym wojownikiem. Musimy to zrobić, bez tego wejdziemy na drogę wegetacji.

Ta wegetacja może być dla większości pojęciem abstrakcyjnym, ale wystarczy pojechać do zoo. Idźcie do klatki z lwami. Staniecie w oko w oko z czymś, co stworzone jest do przemierzania wielkich afrykańskich sawann, do polowania na zebry i inne takie. Tymczasem zobaczycie w jego oczach przegraną, zobaczycie coś, co się poddało. Zamiast groźnego lwa, zobaczycie starego przerośniętego kota.

Uczyłem się tego kiedyś, pracując z młodymi. Tej wewnętrznej walki między wychowywaniem ich na pobożne i grzeczne dzieciaczki przy kościele, a pozwoleniem im na to, by odkrywali w sobie właśnie to, co jest zwróceniem swojego serca ku Bogu, a więc odkrycia swojego piękna i dzikości. Tego się nie da zapisać w kanonach dobrego wychowania.

Uboga wdowa okazuje się być mistrzynią w uczeniu nas puszczenia się na całość.

SŁOWO