Zaznacz stronę

Dziś chciałbym odświeżyć kazanie sprzed pięciu laty, które wygłosiłem podczas Mszy świętej sprawowanej w nadzwyczajnym rycie w intencji: o jedność w Kościele. Dużo jest do tego powodów, nie chcę ich wymieniać, by nie zaogniać. Myślę, że w innych kontekstach też można je odczytać…
Czytania z tej Mszy: Ef 4, 1-7.13-21; J 17, 1.11-23

Jest zasada wynikająca z Ewangelii, że aby dobrze się modlić, trzeba przed modlitwą się pojednać z tymi, którzy są mi zawadą.  Muszę, przed przyjściem do Boga, na zewnątrz zostawić moje urazy i zło, by stanąć przed Nim. Podobnie jest z jednością. Brak jedności rodzi się z tego, że każda ze stron uważa, że ma rację. A to jest kłamstwo. Rację ma tylko Bóg. Bo to On jest Prawdą. I my, przychodząc się modlić o dar jedności, musimy przed ołtarzem zostawić swoje racje. To jest bezpieczne miejsce, bo nawet jeśli zostawimy swoje – obiektywnie – prawdziwe racje, to On jest gwarantem tego, że nic nam nie grozi. Nie nasza przebiegłość, mądrość taka czy inna, ale On sam jest gwarantem.

Zobaczcie, co mówi Jezus. Jak Ty Mnie posłałeś na świat, tak i Ja ich na świat posłałem. Szukanie prawdziwej jedności realizuje się  w misji. My dziś nie powinniśmy się tu modlić o jedność w Kościele, ale razem wyjść na rynek i powiedzieć ludziom o Jezusie Chrystusie Zmartwychwstałym. Nie o jedność nam potrzeba modlitwy, a umiejętność umierania dla naszych racji. Najlepiej to się robi właśnie w wyjściu na zewnątrz.

Nie lubię w czasie kazania cytatów papieskich, ale po wczorajszym liście do biskupów Argentyńskich wiem, że Franciszek i do nas powiedział. Wszelka działalność duszpasterska Kościoła musi być ujęta w perspektywie misyjnej. Kościół, który nie wychodzi na zewnątrz, wcześniej lub później, zostanie zniszczony chorobą – zamknięty we własnych strukturach. Jest faktem, że wychodząc na zewnątrz można ulec wypadkowi – zdarza się to niejednokrotnie – o tysiąc razy wolę jednak Kościół, który „zderzył się ze światem i uległ wypadkowi” niż Kościół chory na skutek zamknięcia i lęków przed światem. Chorobami, które obecnie niszczą Kościół są nieustanne odnoszenie się do samego siebie, wpatrywanie się w siebie samego, narcyzm, który prowadzi do zeświecczenia duchowego i wysublimowanego klerykalizmu.

Pokusą złego ducha jest zajmowanie się sobą. Pokusą złego ducha jest zajmowanie się nieskończoną ilość czasu wewnętrznymi sprawami Kościoła w imię czystości doktryny i dogmatów.
Musimy zaryzykować wyjście na zewnątrz, wtedy nie będziemy mieli siły ani czasu zajmować się wydumanymi problemami.

Nie możemy dać się wcisnąć w myślenie egoistyczne, że mamy jakiś wielki problem z jednością w Kościele. My mamy problem – wszyscy – z osobistą grzesznością. I to nam, mnie i Tobie, potrzeba osobistego nawrócenia. Zmienienia myślenia o Bogu, sobie i drugim człowieku. Też o Kościele.

Część z Was mnie zna. Lubię się z katolikami kłócić. Czasem mądrze, czasem głupio. I będę to robił. Bo wiem, że my wszyscy cierpimy na chorobę egoizmu. Każdemu z nas, w imię Boga, wydaje się, że ja wiem, w czym jest problem. Oczywiście problem w nich, w tych drugich. Problem tak naprawdę jest w moim i Twoim lęku o to, że mogę coś utracić, że może zgubię to, co uważam za słuszne. A potem dokładamy do tego Boga. Bo ja wiem, jaki On jest i jak się objawiaTo zatem mówię i zaklinam [was] w Panu, abyście już nie postępowali tak, jak postępują poganie, z ich próżnym myśleniem, umysłem pogrążeni w mroku, obcy dla życia Bożego, na skutek tkwiącej w nich niewiedzy, na skutek zatwardziałości serca. To mocne słowa Pawła. My nie możemy budować jedności na schematach pogańskich, czysto ludzkich, dziś można by dodać politycznych, polegających na tym, że przyłożymy kalki światowe do Kościoła. Bo Kościół to nie system myślowy, który sobie rozpiszemy w logicznych argumentach. Kościół to Krew z Serca Boga. I albo wszyscy tam, pod tą płynącą Krwią staniemy bez zastanawiania się, kto godzien, a kto nie, albo wszyscy umrzemy w swoim egoizmie.

Może to ostra teza, ale uważam, że to nasze, ze wszystkich stron, trwanie przy swoich racjach jest objawem braku wiary w Pana Jezusa Zmartwychwstałego. Kiedy chrześcijanie nie wierzą w Pana Jezusa, nie idą ewangelizować, nie wychodzą do ludzi z Dobrą Nowiną o zbawieniu, to zaczynają zajmować się sobą.

Co z tym wszystkim zrobić? Możemy pójść do Boga, który jest dobry. I zobaczyć, że On nikogo nie przekreśla. Bez względu na to, czy człowiek myśli jak ci lub tamci (niech każdy podstawi tu swoje antagonizmy). Możemy zobaczyć, że jeśli stać nas na jakieś dobro, to tylko dlatego, że On jest dobry. Tylko wtedy, kiedy dotrze do naszych zatwardziałych serc i opornych umysłów, że Bóg jest Miłosierny, bo On chce być Miłosierny, nie dlatego, że my Mu na to pozwolimy w określonych ramach. On jest Miłosierny dla wszystkich, bo jest Miłosierny dla mnie i dla Ciebie.
Dokonujemy sądu nad drugim człowiekiem. Mówimy mu, jak może i musi wierzyć, a kiedy robi inaczej, mówimy, że jest grzesznikiem. Widzimy drzazgę, bo to naprawdę często są drzazgi, a nie chcemy dostrzec naszych belek.

Prosić Boga o jedność w Kościele to nic innego, jak stawać się Miłosiernym dla innych. Być naiwnym w patrzeniu na drugiego człowieka, szczególnie tego, który wydaje się być innym. Bez tego lęku, że coś możemy stracić, że coś nam zagraża, kiedy w czymś ustąpimy. Jeśli wierzymy Bogu Żywemu, nic nie stracimy. Jeśli nie wierzymy, to psu na budę te nasze piękne modlitwy i cała reszta. Amen.