Zaznacz stronę

Już podczas studiów filozoficznych, które przecież są wstępem do teologii, pod kierunkiem Antoniego Jarnuszkiewicza, poznawaliśmy filozofów dialogu. Pamiętam, że to było coś, co mocno zaciążyło na moim myśleniu. Jak bardzo tomizm był ciekawy, z swoją zdolnością do definiowania i porządkowania rzeczywistości, tak bardzo był dla za mały, by uczyć mnie relacji z sobą, drugim i Bogiem. 

Lewinas i inni uczyli mnie, że Twarz Drugiego to świętość, której człowiek nie może i nie potrafi zniszczyć, nawet gdyby bardzo chciał. To bardzo współgra ze świętym Janem, który mówi o relacji do Boga, która to relacja urzeczywistnia się w relacji z drugim człowiekiem. 

Księża, szczerzej teolodzy, mają wszystkie potrzebne narzędzia do tego, by spotykać konkretnego człowieka, by tego człowieka rozumieć i zrozumieć. Księża, teolodzy chrześcijańscy, doskonale wiedzą, że bez człowieka nie ma zbawienia, bo przecież Bóg staje się konkretnym człowiekiem, a nie tłumem ludzi i przez tego konkretnego Człowieka zostaliśmy wyzwoleni od zła.  

Jestem bardzo zmęczony tym, że od kilku miesięcy, księża zaczęli mówić o wielu ludziach w sposób bardzo odhumanizowany, używając wielkiego skrótu myślowego – ideologia LGBT. Jasne, że nie można zaprzeczyć, że jest coś takiego, jak sposób patrzenia na rzeczywistość i kształtowania jej przez szeroką rzeszę ludzi „ukrytych” pod tym literowym skrótem; jasne, że inni mają prawo nazywać to ideologią. Jednak my – Kościół, teolodzy i księża nie zajmujemy się ideologiami, a jesteśmy współpracownikami Boga w dziele zbawienia. Wiem, to wielkie hasło, ale ono bardzo skrótowo oddaje sens naszego istnienia w świecie. Mamy współpracować z Bogiem, by orędzie, które, nie od nas, ale od Niego pochodzi, dotarło do KAŻDEGO człowieka, a nie do mas ludzkich. 

Świetnie to widać, w naszych katolickich sakramentach. Chrztu udziela się konkretnemu człowiekowi z imieniem, nie masie ludzkiej. Znamię Ducha otrzymuje konkretny chrześcijan, a Eucharystię, choć przeżywamy we wspólnocie, to Chrystus (w niej) umiera i ofiaruje się za konkretnego człowieka. Nie można odpuścić grzechów tłumowi, nawet jeśli korzystamy z nadzwyczajnego środka, jakim jest absolucja zbiorowa, to zawsze Bóg odpuszcza człowiekowi. Czy nie udzielamy święceń temu, którego wybieramy spośród innych, albo czy na kobiercu ślubnym, konkretni ludzie nie ślubują sobie miłości? Czy namaszczamy świętym olejem tłumy, czy konkretne czoło i dłonie?

Właśnie to nam pokazuje, jak bardzo chrześcijaństwo, z którego przecież współczesne prądy psychologiczne czerpią garściami, podkreśla osobę konkretnego człowieka. 

Bardzo pragnę, by ogień już zapłoną, ogień trudu i zapału w każdym z nas – księży, kiedy zejdziemy z internetowo – artykułowych wojenek z ideologiami, a zaczniemy mieć czas na to, by usiąść z konkretnymi ludzi, których obrażamy wrzucając ich do worka z napisem ‘ideologia’, zasłaniając się pięknym cytatem z katechizmu, którego nie stosujemy do obrony człowieka, a jedynie do usprawiedliwiania swoich złych zachowań. 

Bracia prezbiterzy! Mamy wszystkie narzędzia do rozeznawania z drugim człowiekiem, w jaki sposób działa Bóg w życiu tego konkretnego człowieka, który może przed nami stanąć, ale nie stanie nigdy, jeśli pierwsze co słyszy z naszych ust to hasło: „jesteś ideologią LGBT”.

Trzy lata temu przeżyliśmy coś podobnego, nasz papież mówił: siądźcie z małżeństwami niesakramentalnymi i rozeznajcie jak im najlepiej pomóc, a my podnieśliśmy krzyk: chce pobłogosławić grzech! I co się wydarzyło przez te trzy lata? Czy zmniejszyła się ilość rozwodów? Czy nagle zwiększyła się ilość ślubów kościelnych? Wiemy, że nie. Szczerze? Wolimy krzyczeć o grzechu, wrzucać wszystkich do jednego worka, bo boimy się Twarzy Drugiego. Bo nagle się okazuje, że usiąść z drugim, to przyznać się do tego, że on jest dla mnie tajemnicą, a nie kazusem z podręcznika dla spowiedników z XVI w. Bo nagle okazuje się, że nie znamy odpowiedzi na wszystkie pytania. 

Bracia prezbiterzy! Proszę nas, byśmy się nawrócili na człowieka. Byśmy rozmowy o ideologiach zostawili politykom, a sami w końcu zdjęli nasze kolorowe szatki i jak to lubimy mówić: pochylili się nad leżącym w rowie, obitym człowiekiem. Nie z oceną, nie z wspaniałą receptą, która wydaje się wspaniała tylko w naszej głowie, ale wyjęli swoją kasę, swój samochód, dali swój czas i zawieźli go do gospody (Kościoła), by tam zapłacić ze swojego za jego uzdrowienie. Tylko konkretny „JA” jestem pomóc konkretnemu „TY”, by „TRZECI” mógł nas zbawić.