Zaznacz stronę

SŁOWO

Ucztowanie z Jezusem niczego automatycznie nie gwarantuje, również nasycenia. Chodzenie do spowiedzi niczego automatycznie nie gwarantuje. Popełniamy ciągle ten sam grzech – zdradzamy Pana. Zdrady też bywają różne. Od tych wielkich, kiedy wprost mówimy Bogu, że Go nie chcemy, aż do tych najgorszych – ukrytych, kiedy przestajemy Mu ufać, kiedy rezygnujemy z walki o swoje życie i jego jakość.

Jest w nas taki mechanizm, że kiedy idzie o grzechy, to wolimy zajmować się grzechami innych. Panie, kto to jest? Tak, w zmienianiu innych jesteśmy mistrzami. Mówię wam, jak dość łatwo przychodzi (poza strachem i niepewnością) stanięcie na ambonie, by innym podpowiedzieć, co jest dobre i jak należy żyć. Łatwą sprawą jest powiedzieć głośno, kto jest zły i kogo należy potępić dla dobra sprawy. O wiele trudniej pójść za takiego człowieka na śmierć. Śmierć, czyli zrezygnowanie ze swojego życia. Życie to: racje, duma, ambicje, honor, czas.

Widzę w Jezusie coraz większy dystans do życia, do tego, co nazwałbym codziennością. On czuje, że odchodzi, a to odchodzenie nie jest smutną koniecznością, ale powrotem do czegoś i Kogoś, kto jest ostatecznym spełnieniem. Powiedziałbym, że Jezus jest coraz bardziej rozczarowany ludzkim życiem. Nie jak frustrat, ale jako Ktoś, kto wie, że z Ojcem jest lepiej.

Chrześcijaństwo mnie w pewien sposób ‘upośledza’, coraz bardziej odczuwam to, że nic nie jest w stanie mnie zaspokoić. Wszystko staje się takie ‘płytkie’. Czym dłużej idę za Panem, choć kulawo, tym bardziej chcę stąd odejść. Bóg ciągle nasyca moje serce głodem, choć karmi mnie codziennie Sobą, to ja i tak będę coraz bardziej głodny. Aż do śmierci.