Zaznacz stronę

Pamiętam, trzydzieści lat temu, 1 grudnia, miałem zrywane dwa paznokcie u nogi. Pojechałem do chirurga sam, bez rodziców, jak pamiętacie, wtedy to było normą. Leżanka, zastrzyki, pielęgniarka, a może dwie, lekarz, najpierw rozcięcie wzdłuż i mocne szarpnięcie. Zastrzyki działały, ale i tak czułem, leciały mi duże łzy. Opatrunek i na autobus. Pamiętam, ten dzień, bo w radio mówili, że międzynarodowy dzień walki z AIDS. Na dworze mokro, zimno, padał śnieg, a mi włączyły się słowa pieśni kościelnej: każde cierpienie ma sens. Na początku wszedłem w te słowa, byłem pobożnym chłopcem, w religii znajdowałem ucieczkę przed światem, którego się bałem. Ale czym więcej czasu mijało, a znieczulenie puszczało, to mi leciały coraz większe łzy i bolało coraz mocniej. Wtedy pojawiła się myśl: nie, cierpienie nie ma żadnego sensu. Wtedy, nie wierzyłem w Boga tak jak dziś. Wierzyłem inaczej. Bardziej lękowo, schematycznie i trochę tradycyjnie, choć tej tradycji nie wyniosłem z domu. 

W kościele mówili, że cierpienie ma sens. Wtedy, kiedy siedziałem jako 13 latek na tym zimnym przystanku i kiedy wróciłem do domu, a mój tato nalał wody do miski, by mi te bandaże zdjąć bezboleśnie, cały się buntowałem: cierpienie nie ma sensu. Najmniejszego. Miałem dopiero trzynaście lat. Nie wiedziałem, że będę księdzem, nie wiedziałem, że w Kościele tak mocno jest osadzony kult cierpienia

Jeden z najpiękniejszych tekstów w Nowym Testamencie brzmi tak: Jezus istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci.

Cierpienie pokazuje mi, że jestem słaby. Ono ogołaca moja osobistą nędzę. I w tym zaczynam widzieć szansę. 

Nie, źródłem cierpienia nie jest Bóg. Bardzo często słyszę, że Bóg daje cierpienie, by kogoś, czegoś nauczyć, by nas oczyścić. Dla mnie od lat pocieszeniem jest zdanie z Ewangelii Łukasza, w którym Jezus mówi tak: Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec z nieba da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą. Żaden rodzic, zdrowy psychicznie nie chce cierpienia dla swojego dziecka. Żaden. Czy to będzie ateista czy wierzący, nikt nie chce cierpienia dla dziecka, ba! sam by sobie to cierpienie nałożył, byleby dziecko nie cierpiało. I tu ważne: o ileż bardziej Ojciec. Mój tato, o którym wspomniałem, nie był mistrzem ojcostwa. (…) Ale w takich momentach, jak ten z cierpieniem w tle, chciał zrobić wszystko bym nie cierpiał. Wiem, że gdyby miał taką moc, to moje cierpienie wziąłby na siebie. O ileż bardziej Ojciec…

To jest „niesamowite” w chrześcijaństwie, że ten, który jest dobry, z miłości nas stworzył i do miłości nas stworzył, jest przez nas często oskarżany o to, że daje nam cierpienie. Bóg, mam takie wrażenie, a czym dłużej słucham ludzi, tym bardziej jestem przekonany, stał się kozłem ofiarnym. Tak, wiem, że jest Bogiem i mógłby sprawić, by trzynastolatków nie trzeba byłoby tak maltretować. Nie robi tego. A ja nie wiem, dlaczego i czasem jestem o to bardzo wściekły. Jednak wierzę, że On jest Bogiem, który współczuje, nie czaruje. 

Uczę się od Jezusa, że mogę swoje cierpienie przeżywać, nie tyle z sensem, co z poczuciem, że ono nie jest ostatnim słowem i nie musi mi odbierać godności. Kiedy zwijam się na swoim łóżku w bólu, to jestem totalnie bezsilny, słaby. Nie mam ochoty planować, pracować, nie chce mi się wychodzić z bezpiecznego miejsca. Mam dość ludzi, Kościoła, bywa, że i Boga. Kiedy się zwijam to chcę umrzeć. Zdarza się, że żałuję dnia, w którym się pojawiłem. Ale, wiecie, to jest moment zbawienia. To jest moment, w którym mogę jedynie krzyczeć – Panie nie mam nic, kompletnie. Mojej moralności, zasług, prac, fejmu, znajomych. Potrzebuję Cię. I wiem, że nie chodzi o zabranie bólu, ale chodzi o obecność. I to jest zbawienie. On jest. Cierpienie nie ma sensu, ale ta sytuacja, która z niego wynika, sytuacja słabości może być dla mnie szansą na spotkanie.