Zaznacz stronę

Jeszcze na samym początku, po święceniach we Wrocławiu, kiedy miałem przecież świadomość, że ludzie chcą mnie słuchać, że lubią przy mnie być, pojawiała się myśl, że może jednak się mylę. Mylę, co do tego jakim postanowiłem być księdzem, jak o Bogu mówić i jakiego Boga pokazywać.

Co raz częściej budzi się we mnie lęk o to, że się mylę. Nie, nie chodzi mi o racje. Chodzi mi o coś bardziej fundamentalnego i ważniejszego. Boję się tego, że Bóg może się okazać Kimś nie tak dobrym jak wierzę. Boję się, że Bóg rzeczywiście może być kimś, kto, kiedy umrę stanie przy mnie z wielką księgą plusów i minusów, policzy i powie, że bardzo mnie kocha, ale niestety wychodzi, że piekło mi się należy. Boję się tego, że może i nawet moje plusy przeważą i pójdę do nieba, ale będę miał świadomość tego, że wielu nie pójdzie tam ze mną. Jakoś nie wyobrażam sobie szczęścia ze świadomością, że nie wszyscy są szczęśliwi. Żadne logiczne tłumaczenie o konsekwencjach mnie do tego nie przekuje. Nie sądzę też by Bóg mógł zrobić Sobie i mi operację na pamięci w celu wymazania jej w kawałku dotyczącym świadomości istnienia tych ludzi.

Jest we mnie lęk o to, że ci wszyscy ludzie (też księża), którzy mi piszą, że oszukuję innych, że się mylę, że prowadzę ludzi prostą drogą do piekła, mają rację. Boję się tego, że ci którzy twierdzą, że my chrześcijanie powinniśmy zapanować nad całym światem z naszym sposobem myślenia. Że trzeba jednak wziąć te poświęcone miecze i czynić świat chrześcijańskim.

Mam w sobie mocną niepewność płynącą z mojej wiary, a może nawet nie wiary, że „wszystko wcale nie skończy się dobrze”; że wszyscy ci, którzy przede mną myśleli tak jak ja, są w piekle. Boję się tego, na serio tak czasem mam, że może się okazać, że jestem bardziej dobry od Tego, którego nazywam dobrym. To jest myśl przerażająca.

Lubiłem nosić Dobrego Boga po Krakowie, bardzo to lubiłem. Zawsze jak szliśmy to czułem, że to jest kropla dobra w morzach potrzeb tego miasta. Że dzieje się w nim tyle zła i tak wiele jest braku nadziei, że to za mało. A jednak wierzyłem w to, co mówi mi Kościół, że kropelka Jego Krwi zbawia cały świat. I z taką wiarą szedłem, że to małe dobro jest w rzeczywistości wszystkim. A jednak, czasem, niosąc Go w ciszy, czułem lęk, że oszukuję ludzi, bo raczej powinienem stanąć na Rynku z wielkim megafonem i krzyczeć: jesteście grzesznikami, nawróćcie się, bo pójdziecie do piekła. I wtedy znów się bałem, bo przecież miałem Go 10 cm przed oczami. I lęk walczył z wiarą. Nie wiem jak ten kruchy Bóg mógłby pozwolić na śmierć wieczną kogokolwiek.

Czasem wiara jest strasznie ciężkim balastem, żadną tam łaską. Czasem bycie księdzem jest strasznie ciężkie, ale nie dlatego, że to jakieś poświęcenie – to są mity, ale dlatego, że czujesz nie tylko swoją osobistą wiarę, ale też ciężar tego co o wierze mówisz innym.

Ten lęk młodego wikarego z Wrocławia, z biegiem lat, tylko się powiększa.

Czasem się boję, że w ogóle Go nie ma. I już sam nie wiem co jest gorsze: czy to, że Go nie ma, czy to, że może posłać mnie do piekła.