Zaznacz stronę

Na początku kwietnia byłem w Warszawie na Targach Książki, po których z Kasią Olubińską (mieliśmy wspólną promocję naszych książek) pojechaliśmy na Żoliborz zjeść obiad. Dokładnie to Kasia mnie zaprosiła. Kasia była w ślicznej sukience (pomijam fakt, że sama Kasia jest piękna), miała w ręku bukiet ślicznych tulipanów (otrzymała go od swoich czytelników), na ramieniu ładną torebkę. Jako żem wychowany bardzo, to damę przepuściłem przodem, weszła pierwsza do restauracji. I w tym momencie wszystkie oczy skierowały się na nas. Na początku pomyślałem: no tak, piękna kobita, to się gapią. Jednak oni się patrzyli na mnie. Kiedy usiedliśmy, Kasia mi mówi: ale się na nas gapią, ale co się dziwić, ja z kwiatami, ty w koloratce…

Kilka dni temu napisał do mnie zbulwersowany (nie pierwszy raz) fejsbukowicz, że nie jestem taki jak Jan Kaczkowski, a już napewno nie jak Jerzy Popiełuszko. Inny napisał, że swoim zachowaniem odzieram kapłaństwo ze świętości. Żaden z nich nie był ideałem i miał gro ludzi, którzy ich nie cierpieli.

Pod koniec marca wracałem z Gdyni do Pucka, nie jadłem śniadania, więc zajechałem do Maca, po tosta. Znów cała obsługa i część klientów patrzyła na mnie, jakby mi nagle cudownie odrosły, na ich oczach, włosy. Dotknąłem glacy, ale nie było na niej nic nowego. No tak wszedłem w koloratce do Maca.

Nie wiem czy zauważyliście, że księża – jeśli w ogóle to robią – w przestrzeni internetowej, pokazują pobożne obrazki, kiedy odprawiają Msze, w sutannach, podczas pielgrzymek. Czasem mam wrażenie, że my księża, bardzo strzeżemy naszą prywatność, budując dystans ubierając kapłańskie szaty, używając języka, który jest kompletnie innym językiem od tego z codziennego życia ludzi nie będącymi księżmi. Spotykam się z takimi sytuacjami, że ludzie się dziwią, kiedy spotykają mnie w Tesco, albo kupującego piwo na stacji benzynowej czy stojącego w kolejce na poczcie. Problem bierze się chyba z tego, że my – księża, kreujemy taki obraz nas samych, że ludzie myślą o nas w kategoriach nie z tego świata. Mamy swoje enklawy, w których się chowamy, bo nie wypada pokazywać wszystkiego świeckim.

Nigdy nie uważałem siebie za innego księdza, ale przyjąłem zasadę, że chcę żyć jak najmniej w enklawie, a jak najwięcej się da – na scenie. Wielu nazywa to lansem czy ekshibicjonizmem. Ja nazywam to normalnością. Chłopaki nie bójcie się ludziom pokazać swojego podkoszulka, jesteśmy księżmi nie tylko w sutannach, ale także pod prysznicem. I nie namawiam was do zdjęć z łazienki, ale do tego byśmy przestali być napuszonymi pawiami, którzy czasem tylko nocą wykradają się na CPN by kupić piwo, albo jadą do innego miasta by kupić wódkę, bo co ludzie pomyślą. Jasne, że kiedy będziemy bardziej z ludźmi, bardziej odkryci, to trudniej nam będzie prawić tanie morały z ambon, ale serio nieszczerych rad jak żyć, ludzie mają już dość. Oni chcą zobaczyć normalnych mężczyzn, którzy uwierzyli Jezusowi i z Nim na serio związali życie. Ja nie ufam gościom, którzy licytują się na ilość różowych guzików przy sutannach. Ostatnio słyszałem dobry dowcip: jaka jest najwieksza tragedia prałata? Czarno białe zdjęcia z kościelnych uroczystości.