Zaznacz stronę

Do kościoła świętej Barbary w Krakowie przychodzą bardzo różni ludzie. Szczególnie na Eucharystię o godzinie 20.00. Przychodzą studenci, osoby starsze i w średnim wieku, całkiem sporo przychodzi mężczyzn. Stałym bywalcem jest „Skaner” – mężczyzna, który zalicza kilka kościołów dziennie, na koniec dnia prawie codziennie wpada (tak to dobre słowo) do nas. Wchodzi ostentacyjnie i przechodzi przez cały kościół. Dziś już nikt z stałych bywalców się nie dziwi, nikt nie zwraca uwagi na ten specyficzny teatr.

Przychodzi też co jakiś czas bardzo zmęczona kobieta z córką, która bardzo hałasuje, biega po kościele. Ludzie zasadniczo nie reagują, choć widać po minach, że są wkurzeni. Ja sam nie zwracam na to uwagi, kiedyś już pisałem, że dziękuje Bogu za takie sytuacje, bo one pozwalają mi nie odlatywać podczas gadania moich mądrości. Kilka tygodni temu jednak sytuacja była inna. Mała mocno dawała popalić, mama w ogóle jakby się tym nie interesowała. Pod koniec Mszy powiedziałem sobie, że jak nadarzy się okazja to „jej wygarnę”. Zdążyłem wejść do zakrystii, zdjąć ornat i w tym momencie weszła ona z córką. Poczułem się taki silny, bo teraz mogłem jej wygarnąć, jeszcze na moim terenie. Nie pozwoliłem powiedzieć słowa, ale stonowanym głosem powiedziałem: „czy mogłaby się pani postarać, bo to naprawdę bardzo przeszkadza w modlitwie”. Kiedy wypowiadałem ostatnie słowo już czułem że „walnąłem jak łysy o beton”. Ona się tylko skrzywiła i powiedziała: „przyszłam prosić księdza o modlitwę”. To tylko potwierdziło moje przeczucie o tym jak głupie było moje gadanie. „Mój mąż mnie wyrzuca z domu, pije, nie pozwala pracować, a małą molestuje” – usłyszałem. Czułem się mały gnojek, który wyskoczył z swoim: „przeszkadza mi to moim faryzejskim skupieniu”. Obiecałem modlitwę, zagadałem kilka słów, a najbardziej rozbroiła mnie ta, która mnie wkurzała. Zaczęła się przekomarzać i mnie zaczepiać. Chciała się bawić.

Więcej już tego nie zrobię.