Zaznacz stronę

SŁOWO

Ważną kwestią w tej Ewangelii jest to, że Pan Jezus przyjdzie, ale jeszcze nie teraz. W tekście jest to w słowach, że oblubieniec się opóźniałTo opóźnienie nie jest przez jakieś niezależne czynniki, ale to Pan to przedłuża. Gdyby przeszedł teraz to OK, bo Msza Święta, rozważanie Słowa – najlepsze warunki. Ale jak przyjdzie później? Kiedy będziemy się złościć na kogoś, krzyczeć na kogoś, obgadywać innych, grzeszyć w ukryciu?

Panny (wszystkie) czekały na Młodego, one chciały Go spotkać. Miały mocne pragnienie. I co? Niektóre słyszą: nie znam was. Już raz Mateusz (w 7. rozdziale) powiedział takie zdanie: nigdy was nie znałem. Przecież On zna wszystko, zna każdą i każdego z nas. Zanim się staliśmy, On nas już znał. Chodzi tu o to, że to ja nie dałem się Jemu poznać. W księdze Rodzaju jest takie zdanie, że Adam poznał swoją żonę Ewę i urodził się syn. Poznać w biblii to nie znaczy złożyć wniosek do urzędu, ale wejść w bardzo intymną relację. Ten tekst też na to wskazuje, bo pokazuje Jezusa jako Oblubieńca. W chrześcijaństwie nie chodzi o legitymację religijną, ale relację. Dlatego chrześcijaństwo nie jest religią ale relacją, więzią.

Ten czas, który daje nam Pan, przez swoje opóźnienie, jest właśnie po to – żebyśmy dali się poznać. Chodzi o tworzenie relacji, w której nie robimy chwilowego teatrzyku, na jakąś naszą pobożność, ale jest się w relacji, która jest codzienna, pogłębiana, która jest trochę na wzór tej relacji jaką tworzy para. Nie chodzi o coraz większe motyle w brzuchu, ale o coraz mocniejszą znajomość, w każdej przestrzeni. 

Jeśli kiedyś usłyszmy: nie znam cię, to będziemy mogli mieć pretensje tylko do siebie. Nigdy nie pozwoliłeś mi się poznać. Pokazywałeś mi – nie siebie, ale jakiś fałszywy obraz siebie. Grałeś przede Mną. Moment sądu, to nie tyle będzie ważenie naszych czynów, ale pokazanie prawdziwego obrazu nas, oby to był ten, który pokazywaliśmy Panu za życia. 

Trochę to jest też obecne w naszych relacjach, kiedy kogoś poznajemy przez lata, mamy jakiś jego obraz, a później nagle okazuje się, że go kompletnie nie znamy, że pokazywał nam tylko coś, co chciał pokazać. Okazuje się, że nie łączyła nas miłość, ale teatrzyk. 

W tym tekście wcześniejszym w 7 rozdziale, Pan mówi, że nigdy ich nie znał do ludzi, którzy robili cuda w Jego Imię. Ostro bardzo. To już nie są tylko głupie osoby, które nie nalały oliwy, ale robiły cuda w Jego Imię. Dlaczego, bo wiary nie mierzy się mocą czynionych cudów, a przecież większość z nas tak ją postrzega, ale wiarę mierzy się relacją z Nim. 

Chodzi o to, żeby chcieć być Jego, żeby należeć do Niego. Przeciwieństwem jest pragnienie należenia do siebie, to postawa, w której liczę się ja i tylko ja. Wtedy nie staję przed Panem na modlitwie, ale przed sobą. I do siebie się modlę. Może mam mocną wiarę i zdolności, że później robię wielkie rzeczy, ale nie to nie było Jego działanie, bo zależało mi na sobie. Można o wiarę walczyć, ale nie mieć nic wspólnego z Panem.

To bycie z Nim w komunii, poznaniu musi być czymś trwałym, bo Pan opóźnia swoje przyjście. 

I na serio niczego nie tracimy, kiedy Go wpuszczamy w kolejne rejony życia, nawet te najbardziej paskudne. Zyskujemy właśnie to: znam cię.