Zaznacz stronę

SŁOWO

Wielu jest i dziś ludzi, którzy bawią się w „selekcjonerów” tych, którzy mogą do Jezusa przychodzić.

Można w miejsce „dzieci” podstawić każdą grupę, której odmawiamy przychodzenia do Jezusa, każdą osobę, której mamy czelność powiedzieć: „nie możesz do Jezusa przychodzić, nie możesz powiedzieć o sobie wierzący”.

Dziecko to człowiek, który wielu spraw nie pojmuje, albo pojmuje je inaczej niż dorosły, nie wie wielu rzeczy, ciągle pyta i „błądzi”. Błądzi jednak z punktu widzenia dorosłego. To, co dorosły widzi jako błąd, dziecko nie koniecznie. Dzieci mają fajną cechę, której dorośli się boją. Dzieci mają większy dystans do tego, co sobie wymyślą.

Jasną i naturalną sprawą jest to, że mamy dorastać. Ale nie możemy od dziecka wymagać poziomu dorosłego człowieka. W życiu duchowym mamy dojrzewać, ale nie możemy od człowieka, który zaczyna swoją drogę, lub gdzieś się na niej zgubił, żądać naszego wysokiego poziomu.

Od kilkunastu lat, a szczególnie od święceń, mam to szczęście, że mogę wielu ludziom towarzyszyć w ich drodze do Boga. Nie wiem ile to już osób na przestrzeni tych lat: mężczyźni, kobiety, młodsi, starsi. To, co łączy te wszystkie osoby, to prawda, że każda z nich ma swoją, niepowtarzalną drogę do Boga.

Pojawia się w kierowniku duchowym (wolę określenie „towarzyszenie duchowe”) pokusa, by nie słuchać tego, co mówi i przeżywa drugi, a pójść na skróty, powiedzieć: „musisz, zrób tak i tak”. To jest właśnie moment z dzisiejszej Ewangelii. Zabronić człowiekowi iść tak, jak jest dla niego lepiej; wtedy kierownik staje się przeszkodą. Spotykam wiele osób poranionych przez swoich kierowników, pełnych skrupułów po tym, jak nie zrobili tego, co im owi przewodnicy kazali.

Te „dzieci”, to także ludzie, których ja uważam za bezużytecznych, złych.

On dzieci błogosławił, wypowiadał nad nimi dobre słowa. On, tym którzy dorosłym apostołom wydawali się bezużyteczni i zawadzającym obwieścił, że do nich należy Królestwo Boże. Królestwo Boże to miejsce bezpieczne, a ja nie mam prawa komukolwiek go odmówić, tylko dlatego, że widzę go jako dzieciaka, który mnie denerwuje.

I ta końcówka: „poszedł stamtąd”. To się pojawia, co jakiś czas. Jezus „wkłada kij w mrowisko i odchodzi. Ich mrowiskiem były zasady, konwenanse, myślenie „bo tak wypada”. On znów ich skontrował, powiedział dwa zdania, zrobił swoje i zostawił ich z tym. Nie patyczkuje się, nie boi się reakcji. Ma w nosie, co sobie pomyślą.