Zaznacz stronę

Jestem księdzem. Wierzącym księdzem. Mocno wierzę w dobroć Boga. Zresztą uważam, że cała reszta jest tylko dopowiedzeniem o Bogu. Nic mnie w Bogu tak nie fascynuje jak Jego dobroć, która w moim życiu wyraża się także w przebaczeniu. Albo raczej w nieustannym przebaczaniu.

Przebaczenie to nie jest coś, co związane jest z grzebaniem w drugim, ale jest decyzją: ja ci przebaczam, odpuszczam, uwalniam moje serce od wrogości i od karmienia złości.

Przed laty odkryłem pewne zło, które jeden człowiek robił drugiemu. Duże zło. Zgłosiłem to gdzie trzeba, zostały uruchomione procedury, ja się ze sprawy wycofałem. A jadnak na poziomie emocjonalnym nie potrafiłem tego do końca zrobić. Skrzywdzony był mi bliski, a krzywdziciel też nie był obcym człowiekiem. Wiedza o tym ile zła zostało zrobione sprawiała, że targały mną mocne uczucia. Do tego włączyło się mocne poczucie tego, że należy się wyrównanie krzywd i że w imię sprawiedliwości mogę mówić o złu. Dopiero wyraźny sygnał z zewnątrz, który powiedział mi: przestań się tym zajmować – uwolnił moje serce do zobaczenia w krzywdzicielu człowieka.

Co jakiś czas dostaję, po moim pisaniu, komunikat ze świata: nie masz prawa przebaczać innym, w nie swoim imieniu. Uważam, że mam. Nie jest prawdą, że powiedzenie komuś, kto mnie – osobiście – nie skrzywdził, a jest kimś, kto uczynił zło: wybaczam, jest złem. Taka postawa nie jest też napluciem – jak czasem się mi sugeruje – skrzywdzonemu w twarz, bądź łatwym rozgrzeszeniem winowajcy, czy wręcz daniem mu komunikatu: nic się nie stało.

Przebaczenie, które daje człowiek z „zewnątrz”, po pierwsze uwalnia serce tegoż człowieka od konieczności wymierzania sprawiedliwości, po drugie – i to jest ważniejsze – daje jasny sygnał krzywdzicielowi, że na tym świecie jest na pewno jedna osoba, która patrzy na niego dobrze. Nie naiwnie, ale dobrze. Mój Kościół uczy mnie, że każdy grzech dotyka nie tylko bezpośredniej ofiary, ale całą wspólnotę. Skoro grzech innych dotyka mnie i czyni mi krzywdę, to mam też prawo do tego by powiedzieć: wybaczam.

Rozpocząłem od deklaracji o mojej wierze, nie dlatego, by się chwalić. Ta wiara jest bardzo krucha. Wspomniałem o tym, bo to jest dla mnie punkt wyjścia do poruszania się w świecie. Do patrzenia na świat, ludzi i relacje. Ona – wiara – daje mi siłę, by patrzeć na ten świat i nasze relacje. Znaczy to dla mnie tyle, że chcę wchodzić w logikę ‚straty’. Straty poczucia ludzkiej sprawiedliwości – tracenia swojej dumy, honoru, nie dlatego, że mi na nim nie zależy, ale dlatego, że głęboko wierzę, że w Bożej ekonomii takie decyzje i działania sprawiają, że Bóg – podobnie kiedy chrzcimy małe dzieci, opierając się na wierze dorosłych – ma ‚materiał’ dzięki któremu dociera w końcu do serca tego, który uczynił zło.

Wierzę, że po to (także) chrześcijanie są w świecie, by do tego świata wsączać miłość, która przekracza ludzką sprawiedliwość. Tak więc będę przebaczał w imieniu innych, nawet jeśli sprawiedliwi będą mnie za to posyłać do piekła. Wierzę w Bożą dobroć, nie ludzką sprawiedliwość.