Zaznacz stronę

Jedno, co dziś łączy chyba wszystkich, to krótkie zdanie: „stop mowie nienawiści”. Od prawicy do lewicy, od wierzących do niewierzących, od dyrektorów po sprzątaczki, każdy mówi, że trzeba się wziąć za szeroko rozumiany hejt. I co więcej wszyscy się z tym zgadzamy. Tu nasza jedność narodowa się kończy. A nie, jest jeszcze jedna rzecz, która nas w tym łączy – sposób walkiz nienawiścią. Wszystkie strony punktują zło u… innych. I tu już naprawdę kończy się nasza jedność. 

Patrzę na świat od wielu lat jako chrześcijanin, czyli ktoś, kto próbuje naśladować Jezusa Chrystusa. Nie w sensie odtwarzania jego osoby, ale patrzenia na to, jak reagował, jak żył, w jaki sposób działał, co mówił i to wszystko próbuję przekładać na swoją codzienność, historię i kontekst w jakim żyję. Każdego dnia dostaję, od wyników tej analizy, po głowie, stawiają mnie one do pionu, bo zawsze widzę, jak bardzo próbuję wykorzystywać to czego uczy mnie Jezus do… zmieniania innych, nie siebie samego. Czym jestem starszy, tym bardziej widzę, że jeśli chcę iść za Nim, muszę w pewien sposób odchodzić od świata, musze sobie przypominać, że nie zbudujemy tu żadnego wspaniałego, idyllicznego świata, ale jedynie co możemy, to w złu, które nas spotyka – kochać. 

Tak, chciałbym świata bez tego, co dziś nazywamy hejtem, tym bardziej, że sam wielokrotnie oberwałem. Tym bardziej, że sam wielokrotnie przyłożyłem innym, a przecież tego nie chcę. 

Nie, nie stworzymy świata bez nienawiści, bez hejtu, złych słów i czynów. To utopia, a co gorsza, kolejny bicz, który kręcimy na innych, bo widząc, że to nie wychodzi, obwinianym kolejne osoby i nakręcamy błędne koło… Jedyne, co możemy, i to na poziomie jednostek, uczyć się jak na nienawiść nie odpowiadać nienawiścią, ale miłością. Jednak miłość to nie jest ładna deklaracja, ale umiejętność ustąpienia, nie szukania swoich racji.