Zaznacz stronę

SŁOWO

Do świątyni przychodzi człowiek pobożny. Faryzeusz, który jest związany z Bogiem: stara się żyć dobrze, pości, dzieli się swoimi dobrami, modli się, nie jest zdziercą, nie chodzi do domów publicznych, do tego potrafi także dostrzec to, że jest dobrym człowiekiem. I okazuje się, że nie wyszedł usprawiedliwiony.

W jakim celu my się staramy przez całe życie? Po co chodzimy na Mszę, modlimy się, niektórzy odmawiają nawet różaniec, należą do grup przy kościele?

Nie został usprawiedliwiony, bo zamiast swoje dobro odnieść do Boga, wykorzystał je by pokazać swoja wyższość nad innymi. Brakło temu, skądinąd, dobremu człowiekowi jednego – pokory.

Aby być pokornym, trzeba żyć w prawdzie o sobie samym. Kiedy człowiek ma wiele zasług, wtedy łatwiej bronić się mu, przed prawdą o sobie samym. Zawsze można wyjąć coś,co ma, nas obronić przed zmianą, przed podjęciem trudnej decyzji, poprzedzonej krótkim stwierdzeniem: „nie jestem w porządku”.

To bycie bogatym w: zdolności, dobre życie i mądrość w przypadku tego pana, było wejściem w logikę, że Bóg kocha za coś. Powiedzmy sobie to wyraźnie: „Bóg nie kocha za coś”. Na Jego miłość nie trzeba zasługiwać. Zawsze, kiedy pozwalamy sobie na takie myślenie przestajemy kochać, a zaczynamy z Bogiem kupczyć i jak ów faryzeusz, znajdujemy kogoś, w naszym mniemaniu gorszego, tak na wszelki wypadek, by nasze przechwalanie wyszło lepiej.

Jak żyć, by być owym usprawiedliwionym celnikiem? Czy tylko wystarczy się uniżyć i powiedzieć: „Boże, jestem gnojem, nic nie znaczę. I już? Gdyby tak miało być, Bóg nie byłby Bogiem miłości”.

Wydaje się, że światłem na to może być to, co mówi Paweł: „W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiarę ustrzegłem”. Zobaczcie, on mówi bardzo podobnie do faryzeusza. Mówi, że jest dobry, że dobrze swój bieg zakończył, że wiary ustrzegł, przecież się chwali. A jednak dodaje na końcu: „Wyrwie mnie Pan od wszelkiego złego czynu i wybawi mnie, przyjmując do swego królestwa”. Paweł widzi dobro, cieszy się nim, wręcz się chwali, ale odnosi je do Pana, ono nie staje się kartą przetargową, a już tym bardziej nie jest czymś, dzięki czemu mam wypaść lepiej od innych.
Chrześcijanin ma widzieć swoje dobro, ma je powielać i cieszyć się nim, jak w przypowieści o talentach. Dobra materialnego, duchowego i psychicznego nie ma zakopywać w ziemi i udawać, że go nie ma, ale ma je odnosić do Pana, czyli widzieć je jako dar.

Kiedy zabraknie stawania przed Nim w prawdzie, codziennego pytania się o to, czy dobrze żyję, wtedy żyjemy według własnych wizji, które mają sprawiać, że poczuję się OK., a w konsekwencji, że nie jestem „jak tamten”.
Faryzeusz pokazuje nam, że czasem potrzebujemy Boga, by ten usankcjonował nam to, co nazwalibyśmy dobrą opinią na temat swojego życia. Echo tego w naszym życiu znajdziemy tam, gdzie sprawy grzeszne usprawiedliwiamy tym, że przecież Bóg chce naszego dobra, w domyśle naszej przyjemności, jakkolwiek ją rozumiemy.

Faryzeusz jest dowodem na to, że Boga nie da się zmanipulować do swoich celów, że Bóg to Ktoś, kto nigdy nie pozwoli na to, by być dla nas przykrywką do samouwielbienia.

Sprawdzianem tego, czy naprawdę utożsamiamy się z Ewangelią będzie to, jak dziś potraktujemy żonę, męża i sąsiada, przełożonego, a jutro szefa w pracy, czy nielubianą nauczycielkę. Tym sprawdzianem będzie nasz wyraz twarzy i to co pomyślimy o sobie i innych w głębi serca.

„Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony”.