Zaznacz stronę

Świetny jest Jezus,
 po raz kolejny łamie konwenanse i te nieszczęsne: wypadaWypadało, by wyszedł z tego domu, by przywitał się z Matką i z rodziną. Wypadało wykorzystać okazję, by pokazać wszystkim, jak szanuje swoich bliskich, by dać przykład. Mógłby przecież później ułożyć piękne kazanie.  Podparte najlepszym przykładem – bo swojego życia.
Nie. On, jak zwykle zrobił coś innego.

Ja to widzę tak: Jezus jest człowiekiem w misji, który wyszedł z domu, by do niego nie wracać. On wyszedł z domu, nie z nudów, ale dla misji i to się dla Niego teraz liczyło.
 Być w czymś na całość, nie na pół gwizdka, nie od poniedziałku do piątku. Nie tak, by ciągle wracać do tego, co jest zapleczem i bezpieczeństwem. Wyrzec się tych miejsc, w których cię przytulą i sprawią, że będzie jak u mamy.

Dlaczego tak to widzę? Bo List do Hebrajczyków przytacza Stary Testament i zdanie – oto idę, abym spełniał wolę Twoją, Boże. Znaleźć swoją drogę, wyjść na misję i… jesteś wolny i budzisz się rano, nie chce ci się, ale wstajesz i zapieprzasz dalej.
 I masz pokój tak duży, że możesz swojej Mamie najukochańszej, ale też temu wszystkiemu, czego ona jest symbolem – powiedzieć z dużym spokojem – ludzie, do których mnie posłano, zadania mi zadane są mi od dziś moją rodziną. Wiesz, że jak tak zrobisz to Matkę i to, co ona symbolizuje – bardzo zranisz. Ale powiedz sobie szczerze, ona też musi się (sama) nauczyć tej nowej sytuacji. Tak, to wprowadzi w Twoje życie dyskomfort, ale on musi nastąpić, byś w końcu poczuł, że dobrze jest żyć.

Jeśli chcemy być ludźmi misji i przygody musimy opuścić rodziców i bezpieczne układy oraz myślenie. Wszystko, co daje ci poczucie bezpieczeństwa, co daje oparcie – trzeba zostawić radykalnie. Dopiero wtedy możemy mówić o sobie: człowiek drogi.

To, co mówi Jezus, to jest trudna mowa, ale prawdziwa. Tak jak naturalne są więzy rodzinne i trzeba je porzucić, tak samo jest z każdymi innymi więzami. Trzeba porzucać, by być samotnym, dopiero w samotności jest przestrzeń na wybór Boga i jego drogi. Ostatecznie spotkamy się z Nim na pustkowiu, na którym nie będzie wspólnoty, żony, męża, ukochanej, pozycji społecznej czy kościelnej. Miną nasze marzenia o idealnym państwie, Kościele, ludziach. Staniemy przed Nim.

A życie mamy po to, by się tego systematycznie uczyć. Pełnić wolę Bożą, to iść do przodu, to każdej chwili, ciągle na nowo, odkrywać delikatny głos Boga w sercu, który nas do siebie przyciąga. Tak zwane nasze powołania są tylko możliwościami, w których podejmujemy wyzwanie. Pełnić wolę Bożą to nic innego, jak wsłuchiwać się w Jego głos. A to wiąże się z ryzykiem pomyłki, zranienia, konieczności powrotu do poprzedniego skrzyżowania.

Skoro On jest stanowczy i wie, co i jak ma robić, to wiedz, że Ty też możesz. Kochać swoją matkę i wszystko co ona symbolizuje, znaczy odrywać się od tego.

SŁOWO