Zaznacz stronę

Nawołanie do nawrócenia może nas wkurzać, może budzić w nas złość, że znowu to samo, że znowu ktoś każe mi się z czegoś poprawiać. Tak, może nas denerwować, jeśli podejdziemy do niego jak do suchego rozkazu i nieokreślonej zmiany naszego życia. A gdyby tak zamiast skupiać się na wezwaniu do nawrócenia, skupić się na czymś innym? Na Osobie, dla której ono ma nastąpić.

Jest tak, że kiedy pojawia się w naszym życiu ktoś ważny: kobieta, mężczyzna czy dziecko, potrafimy wtedy przewartościować nasze życie i myślenie. Czytałem o ojcu, który używał wielu wulgaryzmów i nie działały na niego żadne argumenty, aż do momentu, kiedy usłyszał, że pierwszym słowem wypowiedzianym przez jego małego synka, którego bardzo kochał, było słowo k…a. Zmienił swój język. Znam bliskiego mi bardzo człowieka, który przez wiele lat zażywał narkotyki, aż do momentu, w którym pojawiła się w jego życiu kobieta. Zmienił się. Dziś jest szczęśliwym mężem i ojcem.

Jan Chrzciciel mówi, by zmienić swoje ścieżki dla Pana. Nie dla nas, nie dla naszego bardziej moralnego życia, nie z poczucia obowiązku, nie dlatego, że tak wypada. Te wszystkie motywacje są krótkotrwałe, przypominające bardziej autotresurę. I w ogóle, gdyby słowo nawróćcie się zamienić na inne – zakochajcie się w Bogu, zafascynujcie się Nim? Pojawia się od razu inna perspektywa. Te dwa słowa – zakochać się i zafascynować, zmieniają perspektywę, a zmiana tejże jest konieczna.

Żeby spotkać Boga, który przychodzi, trzeba wyjść z siebie i z tego, co uznaliśmy za bezpieczne. W stosunku do nas samych, innych i Boga. Zobaczcie, jak na siebie patrzymy. Widać, jak trudno przychodzi nam jakakolwiek zmiana tego patrzenia. Jak trudno przychodzi nam powiedzieć coś dobrego o nas samych. Jaki wizerunek – nas – stworzyliśmy przed samymi sobą? I choć mamy przebłyski, że dobrze byłoby inaczej na siebie popatrzeć, to boimy się, że nam to rozwali nasz świat. Zobaczmy, jak patrzymy na innych. I tu jest podobny mechanizm. Opinia, łatka czy sposób odnoszenia się do kogoś. I w końcu Bóg. Wiara pod żadnym pozorem nie jest czymś w rodzaju plastra na życiowe rany. Ona jest czymś, co ma nas pobudzić do tego, by wystawić swój nos ponad swoje sprawy.

To jest to, co mówił św. Jan: wydajcie godny owoc nawrócenia, a nie myślcie, że możecie sobie mówić: Abrahama mamy za ojca. Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone. Tu nie chodzi o straszenie, tu idzie o podkreślenie tego, jak ważne jest to, by się w Bogu zakochać, jak ważnym jest zafascynowanie się Nim. Te dwa słowa mówią o tym, że trzeba o Boga w swoim życiu zawalczyć, że nie wystarczy tkwić w wierze ojców. W konsekwencji zawalczyć trzeba o siebie i drugiego człowieka. Okazuje się, że nawrócenie nie jest jakąś religijną abstrakcją, polegającą na zwiększeniu ilości modlitw, czy postów, ale jest czymś, co ma się wyrażać w naszym sposobie myślenia i działania. Do wewnątrz i na zewnątrz.

Jan woła, że: bliskie jest Królestwo Boże. A Królestwo Boże to także, przede wszystkim, to co głosił Jezus. Głosił, że odtąd Bóg jest blisko. Kiedy Bóg jest blisko, wszystko jest na wysokich obrotach. Jego bliska obecność wymaga od nas ciągłego napięcia, nie polegającego na pytaniu: czy dobrze żyję, ale czy dobrze mi się żyje? A więc czy żyję w zgodzie ze swoimi pragnieniami, które odkrywam i konfrontuję z Panem?

Musimy wiedzieć, czego pragniemy. To nie jest tylko pobożne gadanie o jakichś pragnieniach. To jest istotne, bo kiedy nie będziemy wiedzieli jakie one są, nie będziemy nawet wiedzieć, o co prosić, czego w życiu szukać. Będziemy tylko odtwórcami wyuczonego przed laty schematu, ludźmi, w oczach których widać rezygnację i przegraną. I być może owi ludzie rzadko nawet grzeszą, rzadko się mylą, ale równocześnie to ludzie, którzy myślą o swoim życiu jak o przegranym. Po to Bóg przychodzi, byśmy my wychodzili z siebie, byśmy nie mieli oczu pełnych smutku i rezygnacji. Dlatego Jan używa tak ostrych słów, bo jemu i Bogu bardzo na tym zależy.

Bóg posyła Jana, gwałtownika, byśmy przekonali się, że pójście za Panem to naprawdę sprawa walki, a nie śpiewania najlepszych nawet pobożnych piosenek. Że tu trzeba coś stracić, aby zyskać, że trzeba się pobrudzić, może nawet pokrwawić. To, co mówi Jan, to jak żyje Jan, pokazuje, że chrześcijaństwo to jazda bez trzymanki. Na serio. Że tu trzeba się obudzić, że trzeba w końcu zobaczyć, że to nie jest wygodny rytuał, ale życie, że naprawdę może być groźnie i naprawdę jest tu Życie, że to jest wyraźne jak to zimno na zewnątrz.

Znajdź to, co Bóg mówi do Ciebie – bo mówi – i idź dalej. Ostrzegam, że jeśli, ktoś zapragnie takiego życia, może wplątać się w kłopoty, których nie uniknął św. Jan. Można później stracić głowę.