Zaznacz stronę

Zabawne jest to, co stało się w kontekście moich dwóch wpisów. Jeden z nich dotyczył mojej obserwacji na temat relacji ja (ksiądz) – świeccy. 

Napisałem w moich mediach społecznościowych taki tekst: „Jeden z objawów klerykalizmu jest taki, że ludzie świeccy boją się przechodzić ze mną na „ty”. Nawet starsi czekają, aż to ksiądz zaproponuje taki krok. Ksiądz nie jest innym człowiekiem od innych. Budując między sobą a nim, nie pomaga to nikomu, a już na pewno nie zbliża nas do Ewangelii. Ona burzy podziały, a nie jest ich źródłem”. 

No i się dowiedziałem jak bardzo chcę niszczyć kapłański autorytet (na który przecież i tak nie zasługuję), bo chcę być kumplami wszystkich. Pomijając to, że tego w tym wpisie nie ma, ciągle nie mogę zrozumieć tej strasznej maniery, że ksiądz MUSI być „ponad”, oczywiście udając, że jest „pod”. Kochamy – my księża – być celebrowani, podziwiani, adorowani, stawiani na podium codzienności. Kochamy, bo przy okazji możemy bardzo pożonglować skromnością na pokaz. Kochamy mówić o naszej: „służbie”, „wzniosłym powołaniu”, „inności”, „sacrum”, „trudnym życiowym wyborze” i oczywiście „pozostawieniu wszystkiego dla Pana”.

Z Twittera wpis usunąłem (na FB wisi sobie cały czas), bo rzeczywiście nie wytrzymałem kolejnej rzeki ścieku. Nie potrafię tego zrozumieć, że ludzie skądinąd wierzący, stając w obronie swojej wizji świata, potrafią w kilku zdaniach podważyć wszystko. Ludzką godność, drogę, którą człowiek wybrał, sposób życia i postrzegania świata. To niesamowite, że osoby, które nie tylko same są wierzące, ale i duchownymi, a nawet mające tytuły naukowe potrafią w sposób aluzyjny (bo przecież wprost nie można) doprowadzić do uruchomienia lawiny kolejnego ścieku.

Obserwując media społecznościowe widzę, że pojawia się coraz częściej specyficzny rodzaj zła. Zła polegającego na milczącym obserwowaniu zła na swoim terenie wirtualnym. Można wprost nic złego na drugiego nie napisać, ale można, robiąc aluzje, stworzyć przestrzeń do tego, by to zło się wylewało.

Drugi wpis dotyczył kolędy. Pozwoliłem sobie podzielić się moją radością, że chodzę w tym roku bez kartotek. Po prostu chcę spotkać się z ludźmi, dla których jestem proboszczem, nie urzędnikiem. Znów, ze strony tych, którzy są blisko Kościoła, usłyszałem o tym, że się lansuje, że za wszelką cenę próbuję pokazać swoją lepszość. Kurde, czy w tym świecie nie można po prostu pokazać tego jak się żyje? Czy my – chrześcijanie, którzy tak dużo mówimy o wolności, którą nam daje Jezus, nie możemy uszanować tego, że ktoś naprawdę próbuje nią żyć? Czy naprawdę każde odejście od schematu musi być u nas oznaką buntu, lansowaniem siebie?

Co z tego, że napiszesz komuś: „odszczepieniec”, „heretyk”, „lansiarz”? Zmienisz w ten sposób świat? Dasz innym Chrystusa? Czy tylko znów poczułeś się lepszy i zadowolony z siebie i swojej sprawiedliwości? Czasem, kiedy widzę ten obślizgły ton, przez który ktoś próbuje siebie pokazać jako poprawnego, grzecznego, a przecież nie trzeba być wielkim psychologiem, by wiedzieć, że ów jegomość udaje, to aż na serio chce się to wszystko rzucić i wyjechać z tego udawanego środowiska, które niestety również jest obecne w Kościele, daleko „w Bieszczady”. Najgorsze jest to, że znów znajdą się tacy, co napiszą: „to jedź, kto cię w Kościele trzyma na siłę”…

Dałem temu wpisowi tytuł: „nawet śmieszne to jest”, ale tak naprawdę jest to bardzo smutne. Smutne, bo pokazuje, że my – w Kościele (często) niczym nie różnimy się od świata. Nawalmy w innych, mamy tylko inne motywacje, ale robimy dokładnie to samo.

Ile dziś będzie powiedzianych kazań przez (internetowych) bojówkarzy o tym, że należy zanieść orędzie zbawienia wszystkim?