Zaznacz stronę

Podczas Wielkich Rekolekcji (luty-marzec) doświadczyłem czegoś, co z perspektywy dwóch miesięcy mógłbym nazwać nawróceniem, ale nie w sensie tradycyjnie rozumienia tego słowa. Raczej przeżyłem coś, co Biblia nazywa metanoją – zmianą myślenia. Po tym wydarzeniu moje życie nie zmieniło się diametralnie, nie zrobiłem żadnej rewolucji w nim. Raczej, tak to widzę dziś, udało mi się zrobić mały kroczek do kochania siebie, a w konsekwencji innych i Boga.

Miało to miejsce w środę – 22 lutego, zapisałem wtedy w moim dzienniku takie słowa.
Poszedłem na spacer, jak zwykle napięty, z głową pełną obrazów i pragnień. [Bynajmniej nie chodziło tu o „pobożne obrazy i pragnienia” – mam bardzo bujną wyobraźnię, która potrafi w ciągu kilku sekund przechodzić od rzeczy ważnych, pięknych i wzniosłych do bardzo prozaicznych, czasem mnie samego – przerażających.] W pewnym momencie rzuciłem w Jego [Boga] stronę: ‚zmień mnie’. Wtedy ZROZUMIAŁEM, że I tydzień [rekolekcji] nie był po to, by przeżyć coś miłego, by zobaczyć jak jestem zajebisty, a Bóg w tej zajebistości mnie kocha. Ale bym zobaczył, że On mnie kocha (przyjmuje) TAKIEGO JAKI JESTEM realnie, a nie jaki chciałbym być.
Czuję się tak jakby ktoś mnie skleił w całość. Przyjęcie tego, że mam takie, a nie inne słabości, przyjęcie w sensie zaakceptowania siebie z nimi, dało mi wewnętrzny pokój. Czuję niesamowity pokój i spokój. Kończę I tydzień z przekonaniem, że jestem z sobą pogodzony, że wiem, ale nie tylko teoretycznie, że jestem słaby, ale słabość jest Jego mocą we mnie. 

Ten zapis nie jest czymś, co mogłoby rzucić światło na dzieje ludzkości, dzielę się nim, bo wiem, że wielu z nas ma mocno wpojone, że nawrócenie ma polegać na tym, że pokażemy po nim Bogu jak już teraz jesteśmy świetnie doskonali i może z nas byc dumny.

W liturgii Mszy (na początku) mówimy takie słowa: uznajmy przed Bogiem naszą grzeszność byśmy mogli być godnymi stanięcia przed Nim. Oczywiście zdanie jest poprawne, ale zobaczcie jak wielkim skrótem myślowym się posługujemy. On zaś, jeśli dobrze się nad nim nie zastanowimy może nas doprowadzić do wniosku, o którym pisałem powyżej. Nigdy nie będziemy godni stanąć przed Bogiem. Nawet gdybyśmy odprawiali codziennie bardzo szczegółową spowiedź generalną. Nasza niegodność (która nie jest stanem, w który nas Bóg wprowadził) – całkowicie zawiniona przez nasze wolne wybory, przyciąga Miłość Boga. To jest niesamowity paradoks. Bóg nie potrzebuje naszego uznawania win (upokarzania), ale to my potrzebujemy sobie przypominać, że Jego przychodzenia nie da się kupić smo-połajaniem. Że jest czystą stuprocentową łaską darmo daną.

Wydarzenie z lutego nie zmieniło mojego życia, ono było i jest małym światełkiem w ciemnym tunelu beznadziei codzienności. Czasem Bóg mi przypomina: „Kramer, pamiętasz jak w krzakach zintegrowałem twoje serce?”. I znów próbuję wejść na tory trzeźwego myślenia, które nie pozwala mi popaść w rozpacz.