Zaznacz stronę

wysokie-napiecie-poziomo

SŁOWO
Ewangelia, dobra nowina jest (i musi być) źródłem swoistego napięcia w naszym życiu.
Ciało bowiem do czego innego dąży niż duch, a duch do czego innego niż ciało, i stąd nie ma między nimi zgody, tak że nie czynicie tego, co chcecie.
Wydaje się, że żyjemy tak, aby usuwać w nas wszelkie napięcia, traktować je jako coś zbędnego, jako coś, co przeszkadza. Paweł mówi, że nie ma między duchem i ciałem zgody.
Usuwamy to napięcie przez nie słuchanie ducha. Czego lub kogo więc słuchamy? Paweł nazywa to coś ciałem, a to nic innego jak tzw. pokusy. Jednak nie rozumiejmy tego słowa wąsko zawężając je do dwóch sfer: jedzenia i seksu. Pokus jest cała gama: pokusa władzy nad tymi, którzy są nam dani w rodzinie czy przyjaźni. Jest też pokusa zakamuflowanego lenistwa. W sferze naszej relacji z Bogiem, można dostrzec pokusę manipulacji Nim samym i Jego wolą.
Jeśli ktoś idzie za Nim musi odczuwać owo napięcie: duch-ciało. Ono jest dobre, bez niego chodzenie za Panem jest jałowe i nijakie. Podobnie, jak w relacjach z ludźmi. Gdzie kończy się owo napięcie między dwojgiem kochających się ludzi, między przyjaciółmi tam zaczyna się jałowość, nijakość i trwanie. To może prowadzić do postawy, którą cechuje złe wykorzystanie siły, jak w dzisiejszej ewangelii.
W jakiejkolwiek relacji, do: Boga, drugiego człowieka, siebie samego, może pojawić się to wykorzystanie pozycji. Pojawia się zawsze, kiedy brakuje nam argumentów, cierpliwości do dialogu, kiedy tak naprawdę brakuje nam odwagi.
Klasyczne groźby pobożnego człowieka brzmią mniej więcej tak. Nie będę się z Tobą Boże zadawał, albo będę Cię traktował, jako pobożny dodatek, bo Ty nie dajesz mi siebie i tego, co i jak chcę. Jesteś moją żoną, moim przyjacielem, więc musisz zrobić, to o co cię proszę. Jeśli nie, to już mnie nie zobaczysz. Jestem tak beznadziejnym człowiekiem, że nie należy mi się nic dobrego w moim życiu.
Takie i podobne refreny (których nie trzeba głośno wypowiadać) ciągle pojawiają się w naszym życiu, z tego rodzi się właśnie pragnienie, by zniszczyć gromem z jasnego nieba wszystko i wszystkich (łącznie ze samym sobą), którzy nie są tacy, jak bym chciał.
Dobre napięcie musi być, bo z niego może rodzić się dialog, nie kłótnia. Z tego może zrodzić się poszukiwanie, nie lenistwo, czy trwanie w marazmie. Z tego może zrodzić się pragnienie Boga prawdziwego, a nie wygodnej dla mnie czy danej sytuacji Jego karykatura.
O wolności dziś słyszymy. Gdyby włączyć dziś TV, to znaleźlibyśmy, w ciągu kilkunastu minut całe mnóstwo definicji wolności, w różnych dziedzinach naszego życia. Od polityki, poprzez gospodarkę, tzw. życie prywatne, seksualne, aż do wychowania dzieci.
Tylko, że różnica pomiędzy bardzo ładnymi definicjami wolności z TV, a tym co daje nam Paweł i Jezus jest zasadnicza. Wolność rozumiana biblijnie daje wolność nam i innym. Wolność rozumiana w sensie świata, często daje wolność nam, ale za cenę wolności innych.
Zachowujemy się często tak jakbyśmy tę wolność musieli dopiero wypracować. Tymczasem ona jest nam dana. Ku wolności wyswobodził nas Chrystus. Już wyswobodził. Teraz tylko z niej korzystać. Więc pytanie, co nie gra, że jej tak często nie czujemy?
To nie gra: Tylko nie bierzcie tej wolności jako zachęty do hołdowania ciału, wręcz przeciwnie, miłością ożywieni służcie sobie wzajemnie! Wolność sprawdza się w relacji. Do Boga, do drugiego i do siebie samego. To nie abstrakcyjne hasło rewolucji, ale program, który sprawia, że idę dalej, że godzę się na to, iż idąc za Panem, mając swoje życie, ciągle jestem jak Syn Człowieczy, który nie ma gdzie głowy położyć. Żyję w napięciu. Ono każe mi ciągle w dobry sposób, kwestionować to, co sobie zbudowałem. Nie pozwala mi na święty spokój.
Po Eucharystii, w której Bóg daje się nam, nie możemy odczuwać świętego spokoju, nie możemy nie usłyszeć chciej być człowiekiem radosnym, bo daję Ci wolność.
Bóg zaprasza nas dziś do przygody, posłuchajmy serca i odpowiedzmy pozytywnie, z wielkim zaryzykowaniem, że nie wrócimy już do starego pługa, do naszych spraw, które tak bardzo nas absorbują.
Zafunduj sobie trudne pytanie, co mnie zniewala ciągle, co nie pozwala mi za Nim pójść tak na serio, na całość?