Zaznacz stronę

W hospicjum wróciłem do udzielania (wróciłem, bo w ostatnich moich pracach nie było zbyt wiele okazji) sakramentu namaszczenia chorych. Bynajmniej nie „ostatniego namaszczenia”, choć często się zdarza, że to ostatni sakrament, który ludzie przyjmują.

Określam go „najtrudniejszym” (dla mnie), dlatego że on obnaża moją słabą wiarę, albo wręcz brak wiary. Sakrament namaszczenia chorych ma skutkować czymś, co jest dość prosto zweryfikować: uzdrowienie, wzmocnienie w cierpieniu lub ulgę. Jestem dziewiąty rok księdzem i nie słyszałem by udzielonym przeze mnie sakramencie ktoś został uzdrowiony.

Wiem, że Kościół nas naucza, że skuteczność działania sakramentów nie jest związana z wiarą szafarza, ale jestem wewnętrznie przekonany, że wiara szafarza jest tu czymś bardzo ważnym. Czuję, że mi jej brak. Brak mi wiary w to, że kiedy ktoś mnie wzywa (tak jak uczy św. Jakub w swoim liście – 5,14) bym się nad chorym modlił i go namaścił w imię Pana, to naprawdę to będzie skuteczne.

Za każdym razem, kiedy idę z olejami i modlitwą do chorego to jest we mnie lęk, że znów przekonam się naocznie o swojej niewierze lub słabej wierze.