Zaznacz stronę

Dzisiejszy fragment Ewangelii jest krótki – cztery wersety, a w sumie dwa, bo drugie dwa to lista imion. Wydawałoby się, że to taki lakoniczny opis powołania uczniów. Tymczasem jest to jeden z najtrudniejszych momentów Ewangelii. Marek mówi o trzech powodach powołania uczniów: towarzyszenie Jezusowi, głoszenie nauki i wypędzanie złych duchów.

Towarzyszyć to znaczy z Nim chodzić, jeść, spać, mieszkać. Być towarzyszem to znać człowieka, nie wiedzieć o nim, ale go znać. Poznać w Księdze Rodzaju, pojawia się wtedy, kiedy Adam poznał Ewę i z tego rodzi się dziecko.  Dzieci nie rodzą się z czytania katechizmów, ale z bardzo intymnej bliskości. A więc towarzyszyć Jezusowi to być z Nim bardzo intymnie, to być z Nim tak blisko, że nawet tego opowiedzieć się nie da. A jednak z tej intymności, bliskości rodzi się doświadczenie, o którym trzeba opowiedzieć i to jest drugie powołanie. Głoszenie Ewangelii to nie jest głoszenie wiedzy teologicznej, ale dzielenie się doświadczeniem Boga, bardzo intymnym doświadczeniem. Opowiadanie innym o Jezusie to nic innego jak opowiadanie o swoim – Jemu towarzyszeniu. Z tego rodzi się wypędzanie złego ducha. Jednak znów tu nie chodzi o spektakl, o wywoływanie wrażenia na innych. Kiedy człowiek żyje w towarzystwie Jezusa, dzieli się tym doświadczeniem to zły ucieka. Ja nie muszę (i nie mogę) prowokować złego do manifestowania jego obecności (to źle się kończy dla prowokującego) – nie wchodzi się w dialog ze złym. To się dzieje, bo zły nie cierpi Tego, który jest Dobry.

Dlaczego najtrudniejsze? Bo lubimy przeskakiwać do trzeciego od razu. Lubimy pokazywać kto tu rządzi. A, że nie mamy doświadczenia Jego bliskości to zły nawet się nami nie zajmuje. Jednak my lubimy mieć wroga, stąd bardzo często wrogiem nie jest zły (prawdziwy przeciwnik), a drugi człowiek, którego (z różnych powodów) uznajemy za złego. Jak mówi nasze – ludzkie doświadczenie – na każdego coś można znaleźć. Walczymy w imię Boga z drugim człowiekiem, mając bardzo pobożne motywacje, bo wydaje się nam, że drugi człowiek jest naszym wrogiem. Nie jest.

Najtrudniejsze, bo wolimy – ja bardzo – działać dla Boga, zamiast z Nim być, towarzyszyć Mu. O tak, bardzo często prosimy, by to On towarzyszył nam. Szczególnie wtedy, kiedy szykujemy się do wojny z drugim człowiekiem. Modlimy się: Panie bądź z nami. Szantażujemy Boga, mówiąc: zobacz walczę o wartości chrześcijańskie – musisz być ze mną, po mojej stronie. I Bóg ma problem, bo On jest po stronie każdego człowieka.

Najtrudniejsze, bo te kilka lakonicznych zdań mówi mi, że moim pierwszym powołaniem jest bycie z Bogiem. Nazwaliśmy to sobie wygodnie modlitwą, że Mu coś tam powiemy. Tu nie o to chodzi. Chodzi o zamieszkanie z Nim, o taki sposób myślenia i działania, żeby On był we wszystkim, by był odniesieniem w każdej myśli i sprawie. Nie dlatego, że jest strażnikiem, ale dlatego, że jest Miłością, a miłość zmienia człowieka. Zróbmy mały eksperyment i przeżyjmy cały ten dzień, do nocy, w ćwiczeniu Jego Obecności. Zobaczycie, że inaczej będzie wyglądała jakość naszej pracy, słów, odpoczynku, a nawet inaczej będą wyglądały posty na fejsie. Podkreślam: nie ze strachu, „bo Bóg patrzy”, ale z poczucia bycia kochanym. KIedy czuję się kochany, to nie muszę się dowartościowywać kosztem drugiego. I ani się nie obejrzymy, że otoczenie wokół nas usłyszy, albo zobaczy Ewangelię, czego skutkiem będzie odejście złego ducha od nas.

Nie zaczynajmy od końca. To najprostsze, ale nie prawdziwe, to tylko fajerwerki, ale nie prawdziwa zmiana.