Zaznacz stronę

Od jakiegoś czasu Remi Recław SJ próbuje tłumaczyć swoje stanowisko w kwestii blokowania w Internecie niektórych osób, dziś przeczytałem artykuł o innym moim współbracie – J. Martinie SJ z USA [KLIK], który został bardzo mocno zaatakowany przez niektóre środowiska katolickie w Stanach. Zobaczyłem wiele elementów wspólnych, w tych historiach, ze mną.

Od dłuższego już czasu, mam przyklejoną łatkę, na której jest napisane: zamknięty, blokujący, bojący się konfrontacji. Powstało nawet kilka tekstów na temat mojego zachowania w sieci, nie wspominając wpisów na FB, czy wielu memów. Algorytmy FB pozwalają także na to, że mogę, co jakiś czas, zobaczyć w swoich propozycjach fejsbukowych, co inni ludzie piszą na mój temat. Czasem jest mi smutno, nie z powodu opinii, ale tego, że ludzie bardzo wierzący, potrafią używać języka wulgarnego czy obraźliwego. Nie mówiąc o zwykłej obmowie. To mnie smuci, bo czuję, ze moja osoba staje się kimś, kto jest wykorzystywany do grzechu.

Remi przyjął, że należy blokować, James mówi o ignorowaniu niektórych ataków. Ja łącze różne sposoby: i używam czasem banów (obecnie na mojej liście nie ma nikogo), wywalam niektóre komentarze, ale to, co najważniejsze – buduję wokół siebie „mur”. Przez wiele lat towarzyszyłem ludziom, którzy żyją lub żyli w rodzinach alkoholików. Nie zawsze jest możliwość fizycznego wyprowadzenia się z takiego domu i relacji. Takim osobom bardzo często mówiłem o budowaniu wokół siebie „muru obronnego”. To nie był mur przeciwko, ale mur, którego funkcja polegała na tym, że nie przyjmuję tego, co osoby mi mówią, nie analizuję, nie angażuję się w to i nie buduje na tym poczucia swojej wartości.

Ten temat to temat rzeka, można każdego dnia, w każdym pokoleniu ciągle go wałkować. Czasem myślę, że nie ma to najmniejszego sensu, czasem się odzywam i tłumaczę.

Do znudzenia można mówić, że usunięcie komentarza, zablokowanie natarczywego użytkownika nie jest zaprzeczeniem chrześcijaństwa. Nieskończoną ilość razy można mówić, że skoro widzisz błędy w nauczaniu, i są one naprawdę poważne, to nie pisz kolejnego komentarza, ale powiedz o tym odpowiednim władzom w Kościele. Niestety jest tak, że w większości wypadków, kiedy przypominam niezgadzającym się z moim nauczaniem, słyszę podobną odpowiedź: komu mam donieść, skoro oni (przełożeni) są tak samo w błędzie jak ojciec. Na takie dictum nie ma odpowiedzi, bo ono pokazuje, że człowiek ów nie szuka Prawdy – Jezusa, ale wie, że prawdę znalazł i jest jej właścicielem.

Kiedy ktoś natarczywie wkleja to samo zdanie z Biblii, KKK, czy innych dokumentów, jako argument „przeciw” drugiemu, to nie może być na to miejsca. Te teksty nie są argumentami do „zaorania” człowieka. Usuniecie takich komentarzy nie jest równoznaczne (co już słyszałem) z wyparciem się nauki Boga i Kościoła. Jest niezgodą na instrumentalne ich traktowanie.

Kocham także ten argument: za dużo czasu spędzasz w sieci. Spędzam tyle ile mogę i chcę. Problemem dla tych osób nie jest mój czas, ale to, że jest to jeszcze jeden argument przeciw piszącemu. Gdybym tylko pisał po ich myśli byłbym ogłoszony przez nich człowiekiem, który niestrudzenie głosi prawdę.

Bardzo jest ciężko czytać o sobie, że nie mam jaj, że jestem niewyżytym seksualnie niedorozwiniętym nastolatkiem, albo (po tekście o Kacprze), że Biedroń jest moim kolegą (nie mam nic do Biedronia, mogę z nim iść na piwo, nie zje mnie przecież, ale rozumiem, że dla autora tego wywodu była to próba obrażenia mnie). Wiele tych wulgarnych tekstów pochodzi od duchownych, a nawet od sióstr zakonnych, nie wspominając ludzi, którzy na swoich profilach mają mnóstwo pobożnych obrazków, cytatów z Pisma Świętego.

Każdy, kto decyduje się być w przestrzeni publicznej musi się liczyć z tym, że nie da się „wszystkim dogodzić”. Nie ma także takiego publicysty, który przez wszystkich byłby noszony na rękach. Ale także nie ma obowiązku taki człowiek by każdą uwagę, kierowaną pod jego adresem puszczać płazem, bo jest „osobą publiczną”. Nie, to że ktoś jest osobą publiczną wcale nie jest równoznaczne z tym, że musi być spluwaczką na frustracje innych ludzi.

Nawet jeśli wydaje Ci się, że znasz prawdę i jej bronisz, nie możesz Drogi Hejterze nie szanować swego przeciwnika. Opisywanie innych na swoich profilach językiem pogardy, wyższości, wyciąganie jego grzechów na wierzch, poniżanie go słowami, które ranią jest złem, a w kategoriach wiary jest grzechem. Nawet jeśli stwierdzasz, że człowiek, którego komentujesz nie ma racji, a nie chce z Tobą wchodzić w „dialog” (a ma do tego całkowite prawo), nie możesz go obgadywać i nagabywać. Odejdź w pokoju i czyń dobro w innym miejscu. Kościół to nie jest wspólnota takich samych ludzi. To wspólnota ludzi różniących się od siebie, to wspólnota ludzi, którzy do Boga dochodzą różnymi drogami.

Każdy z nas w sieci jest równy. Każdy może – pod swoim nazwiskiem zbudować przestrzeń, w której będzie publikował, komentował, dyskutował. Warto z tego pozytywnie korzystać – budować przestrzeń, obserwatorów, czytelników i komentatorów. Każdy może napisać tekst, dłuższy komentarz i zamieścić go w swojej przestrzeni. Przecież jeśli zna prawdę i ma rację to znajdzie się wielu, którzy to potwierdzą. I właśnie dlatego, że każdy z nas może to robić, ja nie muszę każdemu pozwalać na działalność u siebie; z nie każdym muszę wchodzić w dialog. Szczególnie z tymi, którzy mnie nie szanują.

Wierzę, że choć wszyscy się po tej stronie życia nie dogadamy, to jednak w Domu Ojca będziemy siedzieć przy jednym stole. On nas kocha tak samo, a więc i On nas pogodzi. Nikt z nas nie jest w Jego oczach lepszy i bardziej zasługujący na miłość. Pozwólmy sobie więc – nawzajem – żyć i żyjmy swoim życiem. Pokazując innym jak żyjemy i wierzymy, ale nie po to by innych zwalczać, ale inspirować.