Zaznacz stronę

Dyskusja na moim FB, o Mszy Świętej z dziećmi prowokuje mnie do napisania tekstu o moim doświadczeniu, co niniejszym czynię. To bardzo ważne zastrzeżenie, że to moje doświadczenie, absolutnie nie twierdzę, że najlepsze. Zrodziło się trochę z eksperymentowania, przyglądania się z bliska i daleka mistrzom w temacie pracy duszpasterskiej z dziećmi. 

Spotkałem kilka określeń na ten rodzaj Mszy Świętych, niektóre są do siebie podobne, ale każda z nazw coś akcentuje:
– msza dziecięca,
– msza dla dzieci,
– msza z udziałem dzieci, 
– msza rodzinna.

Są też różne podejścia do samej obecności dzieci podczas liturgii. Jedni uważają, że dzieci powinny mieć totalną swobodę, inni natomiast, że trzeba je spacyfikować, albo zamknąć w szklanym akwarium bądź bocznej kaplicy. 

Ja wybrałem model mszy rodzinnej. Kiedyś myślałem, jak wielu księży, że jak ściągniemy do kościoła dzieci, to przyjdą za nimi rodzice, którzy będą się nawracać (bardzo uproszczona myśl). Życie pokazywało mi, że choć to się zdarza, bo przecież Pan Bóg może posłużyć się każdym środkiem, że to raczej rodzice schodzą do poziomu dzieci. Byleby było szybko, prosto, krótko i wesoło (znów przejaskrawiam). 

Żadne to odkrycie, ale najskuteczniejszymi wychowawcami i anty-wychowacami są rodzice. To z nimi dzieci przebywają najwięcej czasu (nie licząc czasu szkolnego). Jeśli rodzice nie zaszczepią dzieciom wiary, to nie licząc nadzwyczajnych przypadków, nic z wygibasów przy ołtarzu nie będzie. 

Jak rozumiem pojęcie mszy rodzinnej? Bardzo prosto, na tę mszę zapraszamy rodziców z dziećmi z zapewnieniem, że dzieci są tam mile widziane i nie przeszkadza ich dziecięcy sposób bycia. Różne są temperamenty dzieci i różnie je rodzice wychowują. Nie zakładam więc, że wszystkie dzieci mają się zachowywać w ten sam sposób. I pamiętam, że są one w różnym wieku. Od niemowlaków, które płaczą, bo chce im się właśnie jeść, przez zbuntowanych dwulatków, do ciekawskich starszaków. Uważam, i tak robiłem, że nie trzeba z takiej mszy (zresztą nie wolno tego robić) wycinać co się da, by było krócej. 

W Opolu, a teraz już trochę we Wrocławiu, postawiłem na kazania dla starszych. Umawiam się z dziećmi, że będę mówił do ich rodziców. Oczywiście to nie może być długie kazanie, bo mówienie i słuchanie, kiedy dzieci przecież nie śpią, jest trudne. Widziałem w Opolu, że większość uczestników zagląda do kościoła tylko w niedzielę, więc trzeba im dać porcję materiału, do którego mogą wracać przez tydzień, albo przynajmniej, żeby czas tej Eucharystii był dla nich podniesieniem w nadziei, pokazaniu im, że Bóg jest z nami, pomimo wszystko. Czasem mówiłem także kilka zdań do samych dzieci. To, jeśli chodzi o homilię.

Podczas liturgii jest kilka momentów, w które można czynnie zaangażować dzieci. Są to: modlitwa wiernych, bardzo często w ramach bliskiego przytulenia się w rodzinie i powiedzenia sobie nawzajem intencji, albo małej pielgrzymki do którejś z kaplic lub obrazów; przyniesienie darów do ołtarza; modlitwa pańska, od jej rozpoczęcia zapraszałem dzieci blisko ołtarza, aż po przekazanie znaku pokoju swoim bliskim lub innym zaproponowanym osobom. Pod koniec Eucharystii robiliśmy jeszcze losowanie – wcześniej przyniesionych – serduszek z dobrymi uczynkami. Wylosowane dziecko brało na cały tydzień maskotkę wraz z biblią i kroniką do domu. Praca polegała na tym, że wraz z rodzicami! Dziecko czytało maskotce biblię, a przez tydzień zapisywało swoje wrażenia. 

W całym tym pomyśle ważne było to, żeby wszyscy wiedzieli, że to nie jest msza dla starszych pań, choć są zaproszone, ale msza dla rodzin. Jestem przekonany, że kiedy dorośli przychodzą razem ze swoimi dziećmi i nie są traktowani jako dostawcy dzieci na jakiś event, to każdy będzie czuł się ważny i zaopiekowany. Jednak, zapraszając w parafii dzieci na mszę rodzinną, nigdy nie mówiłem, że tylko na tej mszy są dzieci. Na każdej powinny być. 

Dzieci uczą się modlitwy od dorosłych. Dorośli wychowują swoje dzieci w wierze i do wiary. I zawsze będą to robić po swojemu. Mam w sobie takie przekonanie, że w Kościele za mało wierzymy rodzicom w procesie przekazywania wiary. Dlatego tak bardzo – często – są rozbudowane katechezy dla dzieci przy parafii przed I Komunią i bierzmowaniem. Problem w tym, że jeśli oni nie mają tego w domu to ten młody człowiek żyje w rozdwojeniu, a skoro widzi w domu, że można bez Kościoła, to wychodzą później nasze wielkie imprezy religijne i po nich wszystko się kończy. 

Nie ma Kościoła idealnego, jak i liturgii idealnej. Każdy na niej ma miejsce. Dorosły, dziecko, niepełnosprawny. Tak, bywają nieznośne dzieci, podobnie jak nieznośni dorośli, którzy modlą się pod nosem swoimi modlitwami albo przychodzą nieumyci lub zamiast słuchać kazania obserwują wszystko, co się rusza. Nie jesteśmy idealni, więc i dzieci nie są idealne. Właśnie dlatego uważam, że nie należy dzieci izolować czy robić dla nich enklaw. Podobnie, jak w naszych w rodzinach jesteśmy różni, z naszymi zaletami i wadami, z naszymi różnymi temperamentami i w różnym wieku, tak też jest w kościele na Mszy Świętej. 

Ps. Na zdjęciu znajdują się dowody na to, że dzieci do nas przychodziły. To skarby wyjęte podczas czyszczenia krat nagrztewowych w naszym kościele:-)