Zaznacz stronę

1390639_503991326381109_2088584932_n

Bardzo dziękuję za dzisiejszy dobry wieczór:
Panu Bogu za to, że jest dobry, a nam tą dobrocią pozwala się dzielić.
Ekipie z Chrystusa w Starym Mieście za to, że połączyli swoje siły z naszymi.
Organiście, jezuitom (za obstawę), policji, harcerzom, bratu Michałowi za monstrancję.
Bp Damianowi, że w imieniu Kościoła nas poparł.
Proboszczowi Dariuszowi za zielone światło.
Jednak przede wszystkim wszystkim chorym, którzy się za nas modlili i tym wszystkim, którzy byli na Eucharystii i procesji.
Kiedy niosłem Pana Jezusa mówiłem Mu, że ludzie z Krakowa Go kochają, choć czasem się gubią.
Dziękuję też wszystkim ekipom radiowym i prasowym za nagłośnienie naszego wieczoru.

HOMILIA:
Czytania mówią o ważnej sprawie w naszej wierze. O tym, że kiedy wejdzie się w prawdziwą relację z Bogiem, to wszystko staje się już mało przewidywalne.
W życie pobożnych ludzi i w ich konkretny problem – brak potomstwa, wchodzi posłaniec Boga i oznajmia, po ludzku dość dziwną wieść, że będą rodzicami. I bynajmniej nie są, na nasze szczęście, ludźmi, którzy po usłyszeniu wiadomości przyjmują ją bez zająknięcia.
Wydarzenia z życia tych dwóch małżeństw są sytuacjami z naszego życia, kiedy stajemy przed szlabanem z napisem STOP, DROGA ZAMKNIĘTA. Najpierw jesteś wkurzony, bo nic nie wychodzi z twoich planów, szukasz winnego i obmyślasz strategie alternatywne.
Jednak przychodzi moment, w którym wiesz, że i tak nic nie zrobisz, nie ma żadnej możliwości manewru.
Dochodzi do ciebie powoli świadomość, że musisz odpuścić i się poddać, to co funkcjonowało do tej pory przestaje funkcjonować. Nawet świadomość, że idziesz za Bogiem wcale nie przynosi ci pokoju i radości.
Ten stan jest potrzebny, choć czasem trwa bardzo długo. On pozwala na to, że człowiek staje wyzuty ze wszystkich swoich podpórek, w których pokładał nadzieję, a które służyły do „kontroli” sytuacji, relacji z drugim, a nawet z Bogiem. Dopóki to my jesteśmy panami naszego życia, Bóg nie wiele może i chce robić.
Odkrywam, że przychodzi taki moment w życiu, kiedy trzeba sobie jasno powiedzieć, że bardziej człowiekowi chodzi o swoją chwałę niż o Chwałę Boga, a to znaczy, że poczucie „zamkniętej drogi” jest wyzwoleniem. Dopóki nie stoisz przed murem masz poczucie, że jakoś to będzie, jakoś przepchasz po swojemu ten wózek.
To poczucie niemocy otwiera przed nami trzy opcje: pragnienie i życie, śmierć lub uzależnienie.
Przykra prawda polega na tym, że większość ludzi, gdy staje przed murem wybiera dwie ostatnie opcje: śmierć lub uzależnienie; zabija w sobie pragnienie życia, pokonanie przeszkody i pójście na łatwiznę, by nieustannie posiadać. Uzależnienie lub brak życia mają sprawić, byśmy nie byli narażeni na ból wchodzenia na drogę pragnień jest równoczesna z odczuwaniem bólu.
Przypominam, że nie ma rzeczy niemożliwych, ale są sprawy wyglądające na niemożliwe. A nawet jeśli te sprawy nie rozwiązują się tak jakbyśmy chcieli, to warto otworzyć oczy, i zobaczyć, że rzeczywistość nawet trudną można odczytywać, jako wyzwanie, nie przekleństwo.
Właśnie do takiego momentu wyboru doszły dwa małżeństwa z naszych czytań. Po ludzku doszli do ściany, do przegranej. Byli blisko pójścia w wybór śmierci – nic już dobrego nas nie spotka, Bóg nas opuścił. Być może będzie to nadinterpretacją, ale mam taką intuicję, że ich niedowierzanie mogło przerodzić się w cynizm, czyli taką postawę, że już nic dobrego mnie nie spotka. To jest uzależnienie wielu ludzi.
Przyjście Boga z propozycją zmiany ich sytuacji wiąże się z powrotem do życia pragnieniami. Nie chodzi tutaj o bajeczne marzenia i bujanie w obłokach, ale o życie z dopuszczeniem do siebie innych możliwości niż te, które widać stojąc przed murem.
Kiedy wchodzimy na drogę pragnień o jednym znów trzeba pamiętać, ich realizacja nigdy nie zaspokoi głodu w nas. Możemy przez chwilę czuć się spełnionymi, podobnie, jak czuli zapewne rodzice Samsona i Jana, ale za chwilę przychodziły kolejne problemy i troski.
Samson i Jan mieli w swoich życiorysach podobne doświadczenie. Jeden i drugi byli silnymi mężczyznami, niezależnymi, to jednak przyszedł moment kompletnego kryzysu, kiedy byli u szczytu swoich sił. I to wbrew temu, co czuli i przeżywali stało się początkiem ich zwycięstwa. To jest logika Słowa Bożego, Boga i dzisiejszych postaci. Bóg w swoim Słowie rozwala ludzkie myślenie.
Maryja poczęła bez mężczyzny. Poza słowem ‚cud’ nie wiemy jak to zakwalifikować.
Matki Samsona i Jana – to przecież tak dziś krytykowane późne macierzyństwo. Żywe jest Słowo Boże. I skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny.
Bóg zawsze przychodzi z innym rozwiązaniem niż nam się to marzy i wydaje się dobre. Przychodzi i Słowem swojej obietnicy rozcina nasze plany, by skutecznie z nas wydobyć życie. Jak z tych starych kobiet, o których czytaliśmy.
Na koniec przypominam sobie i wam, że jedni i drudzy rodzice nie byli ludźmi sukcesu, nie byli wybitnymi jednostkami społeczeństwa. To zwykli ludzie. Bóg zaprasza zwykłych ludzi do przygody i do wielkich spraw.