Zaznacz stronę

Przez 21 lat życia zakonnego byłem świadkiem kilkudziesięciu odejść z zakonu. Odchodzili nowicjusze, klerycy, ludzie tuż przed święceniami, poważni profesorowie, pobożni księża. Na początku, gdy zdarzało się odejście któregoś z moich współbraci, ja „wiedziałem” jakie są tego motywy. Szybko przychodziło mi wydawać „wyroki”, jakbym miał wgląd w serce tych ludzi. Z biegiem lat, doświadczywszy swoich słabości – spokorniałem. Dziś, kiedy ktoś odchodzi, czy to z zakonu, czy z kapłaństwa lub ogłasza decyzję o odejściu z Kościoła, nie szarżuje już wyroków.

Jola Szymańska i Michał Lewandowski napisali teksty [KLIK KLIK] o swoich trudnościach, które przezywają w Kościele. Piszą w nich o swojej miłości do Kościoła, ale także opisują swoje doświadczenie trudności bycia w Kościele. I ja ich rozumiem. Kocham Kościół, nie znam życia poza nim, całe życie próbuję robić dla mojej wspólnoty dobro, ale są momenty, w których ludzie w Kościele sprawiają we mnie ogromny smutek, potęgują swoim zachowaniem moje wątpliwości w wierze. Nie mam wiary silnej, takiej pewniackiej, a Ewangelia nauczyła mnie nie ukrywać moich wątpliwości. Więc o nich mówię. Wiem, że nie ma ludzi na „100%” wierzących, owszem są tacy, którzy o tym mówią, ale ja im nie wierzę. Biblia i historia Kościoła uczą mnie, że ludzie mocno deklarujący wiarę i pewność, mają w sobie dużo pychy.

Po tekstach Joli i Michała nie trzeba było długo czekać, odezwał się człowiek, który z biegiem lat coraz bardziej radykalizuje swoje poglądy, a równocześnie przy każdym publicznym wyśmianiu słabszych w wierze od siebie, tłumaczy się tym, że świat nie zrozumiał jego ironicznego stylu. Mateusz Ochman napisał swoją ripostę na teksty Joli i Michała, oczywiście nie używając nazwisk. W swoim ironicznym stylu wyśmiał zgłaszane wątpliwości obojga. A szkoda. Pamiętam pewne lipcowe spotkanie w siedzibie pewnej krakowskiej fundacji, na temat blogowania katolickiego, które nota bene prowadziła Jola. Rozmawialiśmy sobie, i wtedy Mateusz powiedział, że nie ma sensu się zwalczać, choć się różnimy, bo gramy do jednej bramki. Przez te, bodajże trzy lata, kilka razy byłem bohaterem jego „ironicznych wpisów” czy to na FB czy na portalu PCh, nie odzywałem się, bo przecież „gramy do jednej bramki”, ale to, co napisał po tekstach Michała i Joli jest – według mnie – po prostu bardzo chamskim zachowaniem. Nie napisał tego tekstu wyrośnięty ministrant, ale mąż, ojciec, redaktor. Zawsze wierzyłem, że dojrzewanie sprawia iż człowiek zaczyna rozumieć innych, że szczególnie, kiedy mówimy o wierze, to staje się bardziej skory do słuchania niż wydawania osądów. Znów się pomyliłem.

Drogi Mateuszu, Kościół z natury swej jest otwarty (co ironicznie wyśmiewasz). Co niedzielę, a jak Cię znam, to częściej, powtarzasz z całym Kościołem, że wierzysz w Kościół katolicki (powszechny). Pozwól ludziom, którzy, podobnie jak Ty wierzą w tego samego Chrystusa, mieć wątpliwości, pozwól im o nich mówić i pisać. Jasne, dyskutuj, ale nie bądź cynicznym pewniakiem w wierze, bo przecież obaj wiemy, że masz wrażliwe serce. Korzystaj więc z daru Boga, jakim jest Twoja wrażliwość. Cieszę się, że masz wiarę silną, że masz pobożnych rodziców i taką żonę. Cieszę się, że Bóg obdarzył Cię bystrością i i silną wiarą, ale na Miły Bóg, nie wykorzystuj tego przeciwko ludziom słabszym w wierze. Nie atakuj ludzi zdaniem z Ratzingera, bo i oni dobrze go znają i czytają. A skoro Ty inaczej czytasz Ewangelię, to tym bardziej pozwól innym czytać Ratzingera. (I proszę Cię, nie odpowiadaj jak chłopiec z przedszkola, że ten tekst mogę zastosować do siebie. Ja to wiem.)

Nie bójcie się mieć wątpliwości, nie bójcie się o nich mówić i pisać. W Biblii jest miejsce na wielkich wojowników, ale i na stany depresyjne Eliasza oraz okrzyki „mam dość”, proroka Jeremiasza. Doświadczenie pokazuje, że trzeba dużo pokory, bo jak mówią starzy jezuici: „uważajcie młode brzozy, bo stare dęby się walą”.