Zaznacz stronę

SŁOWO

Kiedy siadam do konfesjonału lub staję przy ambonie zawsze towarzyszy mi myśl, że mam władzę. Uświadamiam sobie wtedy, że mogę bardzo pomóc, ale mogę także bardzo człowiekowi zaszkodzić.

Są takie momenty, kiedy słowo przychodzi łatwo, pamięć, skojarzenia, wiedza, wszystko to układa się w jedną całość i wychodzi coś mądrego, coś co przynosi dobry owoc.

Są jednak i taki chwile, kiedy zaczynając mówić masz świadomość tego, że twoje słowo może zamknąć człowieka na niego samego, na innych i ostatecznie także na Boga. Jasne, że masz nauczanie Kościoła, przeczytane mądre książki, wiele rozmów z mądrymi ludźmi, doświadczenie z każdym rokiem coraz większe, jednak pomimo tego przychodzi taki moment, w którym możesz sporo napsuć.

Jedno głupie usłyszane słowo, nieuświadomiony spadek ciśnienia, rozmowa z poprzedniego wieczoru, wnerw na interlokutora, przeszkadzająca w kościele komórka, i wiele innych czynników może sprawić, że przestajesz głosić Pana, a zaczynasz pod płaszczykiem pobożnych słów i zdań demonstrować jedynie swoje nieuporządkowane uczucia.

Nie da się mówić o przebaczeniu i miłosierdziu Boga, jeśli samemu się go nie doświadczyło. Nie da się doświadczyć przebaczenia, jeśli się nie przyznasz do swojej słabości i grzechu. A z tym jest tak, że kiedy choć raz to zrobisz (nie w sensie intelektualnym, ale w sercu swoim), to już nigdy nie zabronisz dostępu do miłosierdzia drugiemu człowiekowi.

Faryzeuszem obłudnym jest ten, który twierdzi, że wie, co to jest przebaczenia i należy o nim mówić, ale kiedy staje przed żywym człowiekiem zaczyna tworzyć miliony obostrzeń, które są nie do spełnienia przez tych ludzi. Tacy faryzeusze sami nie chcą dostąpić miłosierdzia (choć publicznie twierdzą coś innego), bo nie chcą się przyznać do słabości i w ten sposób zamykają drogę innym.