Zaznacz stronę

Rozsądźcie, czy słuszne jest w oczach Bożych bardziej słuchać was niż Boga? Bo my nie możemy nie mówić tego, cośmy widzieli i słyszeli. Oni zaś ponowili groźby, a nie znajdując żadnej podstawy do wymierzenia im kary, wypuścili ich ze względu na lud, bo wszyscy wielbili Boga z powodu tego, co się stało.

Zaznaczam, że piszę z pozycji grzesznika i człowieka omylnego i przepraszam, że dziś siebie bronię.
 Co jakiś czas słyszę o sobie, że jestem debilem, gorszycielem, heretykiem, niedouczonym i niewierzącym księdzem z nieważnymi święceniami. Jestem pajacem, który podlizuje się młodzieży, bo używam słów, które kapłanowi nie przystoją. Uświadamiano mi, że spłycam liturgię i duchowość, bo to, jak o niej piszę i do niej zapraszam, jest infantylne. Bardzo też ciekawym zarzutem jest to, że moje pisanie o Bogu dobrym i miłosiernym sprawia, że moi homoseksualni czytelnicy brną w grzech, bo sobie usprawiedliwiają swój sposób na życie. Jestem porównywany do ludzi, którzy porzucili życie zakonne, kapłaństwo, słyszę, że skończę jak oni, bo u nich też tak się zaczynało.

Wszystko to dlatego, że próbuję bardziej słuchać Boga niż ludzi, którzy próbują mi narzucić swoje – Jego interpretacje. Nie mogę mówić o Bogu inaczej, niż Go doświadczam. Nie mogę mówić i pisać o Bogu inaczej, niż widzę i słyszę. To, że mam taki, a nie inny przekaz, nie wynika z tego, że chcę się podlizać gimnazjalistom (z całym szacunkiem do nich, ale mówienie komuś, że jest na poziomie gimnazjum jest argumentem podobnym do tego, kiedy Kościołowi zarzuca się średniowiecze). Jeśli zacznę mówić językiem poważnie pobożnych dorosłych, to wtedy ktoś mi powie, że jestem odrealniony, więc znów będzie źle. Mówię językiem, którego używam na co dzień, moim językiem.
 Rozumiem ludzi, którzy uważają, że ktoś wyśmiewa ich wiarę, jednak nie potrafię zrozumieć, że ludzie, którzy używają pięknego języka do opisania Boga, Kościoła, liturgii, potrafią zeszmacić drugiego człowieka w imię wspomnianego piękna. I nie nazywajcie tego obroną wiary. Wiem, że to, co piszę nikogo nie przekona, nie zmieni Jego sposobu bycia. Nie o to mi tu chodzi. Ja tylko chcę tym ludziom powiedzieć – Panowie i Panie, ja nie mogę inaczej. Spotkałem na drodze swojego życia Żywego Jezusa, który przychodzi do mnie inaczej (nie znaczy to, że lepiej) niż do Was. A ja nie mogę o tym nie mówić, nawet za cenę nieprzyjemności z Waszej strony.
 Nawet Zmartwychwstały wkurza się na upór Apostołów, kiedy oni chcą tkwić w niewierze.

To jest jakieś echo przypowieści o bogaczu i Łazarzu. Pada tam takie zdanie – nawet gdyby przyszedł kto z umarłych i tak nie posłuchają. Chrystus może do mnie przychodzić, może jeść ze mną posiłki, sprawiać cudowne połowy, a ja i tak dalej będę tkwił w starym. Sam Bóg może przyjść do mojego życia, a ja i tak będę mówił, że znam lepszy przepis. Ba! Jestem w stanie Mu nawet udowadniać, że to On tego chce.

Jednak dzisiejsza Ewangelia kończy się tym, że ich posyła. Właśnie takich: pokręconych, słabych, niepewnych, niedouczonych i wątpiących. Posyła, by głosili Jego Imię. Nie by szukali błędów w innych ludziach, ale by głosili Jezusa.
 Kiedyś Jezus określił siebie jako DROGĘ, PRAWDĘ i ŻYCIE. Jest w nas taka tendencja, by zostać tylko przy Prawdzie. By zamknąć Go w jakiejś definicji, właśnie w jakiejś prawdzie. Tymczasem jest On jeszcze Drogą i Życiem. Procesem i Dynamizmem. Czymś, co się staje, jest jeszcze nie do-określone. Kto ma uszy, niechaj słucha. 
Nie mogę nie mówić o tym, czego i jak doświadczam. Bo Boga się boję, nie ludzi.

SŁOWO