Zaznacz stronę

Mówiłem już w dzisiejszym vlogu o tym, że może pojawiać się w nas pokusa biegania za cudownościami w wierze (uzdrowiciele, kaznodzieje, miejsca). Chciałbym jeszcze napisać o tym zjawisku z innej strony, ze strony duszpasterza.

Nie jest żadną tajemnicą, że my – księża – podobnie jak wszyscy ludzie wpadamy w pokusę rekordów. Lubimy dużo ludzi w kościele, lubim być fajnymi księżmi, którzy organizują oryginalne wydarzenia duszpasterskie. Kiedy poddajemy się tej pokusie, to przestajemy słuchać Jezusa z dzisiejszej Ewangelii (Łk 17,20-25). Już nie tylko, że sami biegamy za cudownościami, to jeszcze wciągamy w to innych organizując imprezy, na których musi być „znane nazwisko”, albo kolejna pielgrzymka do cudownego miejsca lub cytacik z „słynnego egzorcysty”. Czasem, obserwują kościelny rynek, mam wrażenie, że tzw. „ludzie” są dla księżowskiego dobrego samopoczucia, spełnienia ich męskich ambicji, które każą się nam wykazywać. Widać to świetnie w dziękowaniu ludziom za obecność na wspólnej modlitwie czy udzielaniu reprymend za nieobecność.

Jezus, w Ewangeliach uczy czegoś innego – nie chodźcie tam, Królestwo Boże jest pośród was. Nasze (prezbiterów) zadanie polega na takim świadectwie życia, że inni będą w nas widzieli umiejętność szukania i znajdowania Boga (Jego Królestwa) w codzienności, która dzieje się obok nas, w której po prostu jesteśmy.

Nie wiem, może przegrywam kolejną walkę w życiu, ale nie realizuję jednego z pomysłów, z którymi przyszedłem do opolskiej parafii. Miałem w swoim planie idealnej parafii pomysł zapraszania słynnych mówców. Mam trochę kontaktów, myślę że udałoby się przy ich pomocy zorganizować przynajmniej kilka eventów. Jednak czym jestem tutaj dłużej, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że zadanie parafii jest inne, polegające na stworzeniu warunków do spotkania z Bogiem, ale spotkania jak najbardziej osobistego. Uważam, że moja rola i innych księży polega najpierw na osobistym życiu duchowym, które zaraża ludzi do podjęcia decyzji o tym, by nie bać się podejmować decyzję o życiu duchowym.

Obserwuje od lat ludzi, którzy wracają z wielkich wydarzeń do swoich parafii. W większości są tu – jak ich nazywam – hibernatusy. Wracają bardzo nagrzani emocjami, a później wpadają w sen, do kolejnego wielkiego wydarzenia. W międzyczasie część z nich wpada w poczucie winy, że nie potrafi tak żarliwie przeżywać modlitwy jak wtedy i że nie ma w nich już tej samej gorliwości w czuciu Boga.

Chrześcijaństwo to jest coś naprawdę bardzo prostego i pokornego. To jest normalne życie w świecie, ale z poczuciem bycia kochanym przez Pana, który nie tyle przyjdzie, co jest. Tu i teraz.