Zaznacz stronę

Wierzę w Boga dobrego. Wierzę w Boga, który jest Miłością, który kocha całym sobą. A skoro kocha całym sobą, to nie może w nim być niczego innego niż Miłosierdzie. 

Bóg, którego poznałem różni się od wszystkich bożków jakich człowiek wymyślił. Wszyscy oni streszczają się w jednym schemacie: musisz być dobry, by po śmierci pójść do nieba. Jeśli się nie zmieścisz w tym schemacie – pójdziesz do piekła. Taki Bóg nie różni się niczym od przeciętnego człowieka, który czyni dobro tym, którzy dobro jemu świadczą. Jednak, kiedy zamiast o przeciętnym człowieku pomyślę o kimś kto zdolny jest do miłości to okazuje się, że wielu ludzi na ziemi jest lepszych od (takiego) Boga. Nawet moja mama, która nie ma ze mną łatwo zawsze mnie przyjmuje i nawet nie pyta czy jestem dobry.

Mój Bóg jest inny. Jest dobry. On przychodzi i mówi: znam twoją słabość, więc Ja będę dobry za ciebie. Tak należy się kara z tytułu sprawiedliwości za zło, które zrobiłeś, ale ja to biorę na siebie. Naprawiam twoje błędy, płacę twoje odkszkodwania, i daję ci pieniądze na nowy początek, ale wiedz, że później dalej będę zasilał twoje konto.

Po co więc Kościół? Ha! Kościół ma niesamowicie ważną rolę do odegrania. Kościół jest przestrzenią do odświeżania… pamięci. W naszej cudownej opowieści pojawił się błąd – zły, diabeł, szatan, przeciwnik. Podstawową  taktyką przeciwnika jest robienie zamieszania, straszenie, wprowadzanie zamętu. Skutkiem tych zabiegów jest tracenie przeze mnie pamięci. O czym? O tym, że Bóg jest dobry, że ja w konsekwencji też jestem dobry. Kościół z wszystkimi dostępnymi sobie środkami ma mi przypominać o Prawdzie, jaką jest moje prawdziwe oblicze. Kościół jest mi szalenie potrzebny, bo bez niego tworzę sobie bożków i teorie, które wmawiają mi to, że mogę sam dać radę.

W Ewangelii, w którą wierzę Bóg, kiedy dzieje się zło z mojej winy, nie jest kimś, kto się czuje obrażony i jak ludzki władca czeka na przebłagania. On, kiedy widzi mój upadek „wzrusza się głęboko”, podbiega i mnie opatruje. Robi wszystko bym znów stanął na nogi. On wie lepiej ode mnie, że to, co nazywam grzechem jest destrukcyjne dla mnie, a nie dla Niego. Wie, że jeśli będzie czekał na moje kajanie i przeprosiny, to Jemu to nie pomoże, a mnie ten czas zabije. Jest wyprzedzający jakąkolwiek moją refleksję na temat tego, co się stało. Bóg, który stworzyłby mnie – wiedząc o mojej słabości, i kazał mi się samemu zbawić, byłby strasznym tyranem.

Za łatwe? Nie, to jest cholernie trudne. Trudne, bo Zbawicielem okazuje się Bóg – nie ja. Ta opowieść wymaga ode mnie tego, że uznam iż ON jest Pierwszy – On pierwszy mnie ukochał, zanim ja zorientowałem się, że mogę na miłość odpowiedzieć (czynami).

Nie jestem w stanie wierzyć w innego Boga, niż dobrego. Z dwóch powodów. Pierwszy jest taki, że każdy inny Bóg byłby tylko super-człowiekiem. Drugi jest ważniejszy. Mój dobry Bóg, pewnego dnia postanowił zostać człowiekiem. Pokazał mi w konkretnym człowieku swoją dobroć, że ta dobroć jest do odczytania i powielenia przez każdego człowieka. I co ważniejsze – On umarł. Umarł z miłości, nie z nienawiści człowieka do Jezusa, ale z miłości do człowieka. To była Jego suwerenna decyzja by pokazać mi swoją Miłość.