Zaznacz stronę

„Proboszcz, trochę tu teraz śmierdzi, nie?” – powiedział z ironicznym uśmiechem na twarzy wychodząc z kancelarii, po tym jak wyspowiadał się przed swoją I komunią świętą, którą przyjął kolejnego dnia, w towarzystwie swoich przyjaciół. 

Bogdan Rojek. A dokładnie Bogusław. 

Słowo „przyjaciel” ma różne znaczenia, nie zawsze musi to być relacja codzienna. Myślę, że to, co ją wyróżnia to zaufanie. Na ile to było możliwe, ufaliśmy sobie. 

Bodzio był „moim bezdomnym”, ja byłem człowiekiem, o którym mówił na mieście: „mój proboszcz”. 

Na początku mówiłem do niego proszę pana, ale jak to on, kiedyś powiedział: „zobacz jaki ze mnie pan”, ja zwykły żul jestem”. No i tak zaczęliśmy mówić sobie po imieniu. 

Zawsze chodził ze swoją reklamówką, albo z dwoma i ciągle mi powtarzał: „ty se proboszcz nie myśl, że to jakieś picie noszę, to wszystko jest lekarstwo”. 

A kiedyś przyszedł i opowiedział mi o swoim spotkaniu z biskupem opolskim. „Wiesz Andrzej (Czaja), to mój przyjaciel, ostatnio wziąłem go pod rękę na ulicy i zadałem pytanie: ‚skąd tyle zła na świecie’, wiesz co mi odpowiedział? Że on nie wie. Rozumiesz, biskup i nie wie, ale i tak go lubię”.

Od swojej I komunii, pojawiał się u nas Mszy częściej niż wcześniej. Podchodził w procesji, z tymi swoimi siatkami i albo przyjmował Pana Jezusa, albo mówił: „tylko błogosławieństwo, bo dziś wypity jestem”. 

Bardzo lubiłem ten moment, kiedy wyciągał swoją zniszczoną i brudną dłoń, by wziąć Pana Jezusa. To była ręka, która dużo przeszła, ale robił to zawsze bardzo delikatnie, a Pan Jezus w białym chlebie był takim dużym kontrastem, a zarazem czuło się, że to jest właśnie komunia – zjednoczenie ich dwóch. 

„Umiem się bić, ale tego unikam” – mawiał Bodzio. Ulica jest ciężkim miejscem do życia, bardzo często siła i spryt decydują o miejscu i przetrwaniu. Bogdan wolał chodzić swoimi drogami, czuł się wtedy bezpiecznie.

Kilka razy pytałem go gdzie mieszka. Zawsze mi mówił, że na Zaodrzu, „w pustostanie” – mówił. Póżniej się okazało, że to pozostałości po jakiejś komórce. Straszne warunki, ale był dumny z tego, że jest tam sam, że to jego miejsce. 

Bodzio, dziękuję Ci, że, jak to mówiłeś „przeszkadzałeś mi, przychodząc do nas w Opolu, do kancelarii”. Nie, nie przeszkadzałeś mi. Naprawdę lubiłem, kiedy opowiadałeś o więzieniu, o swoim dzieciństwie i swoim mieście rodzinnym, do którego tak tęskniłeś. Lubiłem, kiedy przychodziłeś i mówiłeś o kolejnej próbie trzeźwości albo kolejnym napiciu się, „ale tylko tak troszeczkę”. 

Wiem, że za mało zrobiłem, by ci pomóc. Bardziej Ty pomagałeś mi w Opolu. Twoja obecność pod naszym kościołem, Twój zapach, Twoje poczucie humoru, Twoje zaczepki i uważanie mnie „za swojego”, były jednym z ważnych elementów „chodzenia po ziemi”.

Bodzio, nie chcę by świat o Tobie nie wiedział. 

„Twój proboszcz”.

Ps. Bardzo dziękuję Ekipie Siostry Aldony – Dom Nadziei za to, że troszczyliście się o mojego Przyjaciela.