Zaznacz stronę

Gdy myślę o modlitwie, modleniu się, to przychodzą mi na myśl dwie osoby: Jezus i Ignacy. Obaj są dla mnie mistrzami modlitwy i przypomnieniem czym ona w istocie jest.

Najpierw Jezus. Widzę w Ewangeliach, że On modli się zasadniczo na osobności. Idzie na pustynię, wchodzi na górę, wykorzystuje noc. Zresztą sam, kiedy uczy swoich uczniów modlitwy mówi o tym, by wejść do izdebki i być z Ojcem na osobności. Nie widzę u Jezusa modlitwy, która byłaby manifestacją wiary czy przekonań. Jasne, Jezus chodzi do synagogi, by modlić się we wspólnocie, z innymi. Jednak chodzenie do synagogi czy świątyni miało jeden cel: słuchanie Słowa Bożego i składnie ofiar Bogu. Bóg był celem dla Niego. Innym razem Jezus uczy modlitwy i mówi, że ona ma być czasem, w którym uczymy się ufności pokładanej w Ojcu, nie w naszym ludzkim dumaniu. Szukajcie wpierw Królestwa Bożego, a wszystko inne będzie wam dodane. Ja to rozumiem jako swoistą szkołę wiary, idę na modlitwę, jestem z Ojcem, próbuję nie zajmować się swoimi sprawami, wierząc, że Ojciec się tym zajmie.

Ignacy jest mistrzem modlitwy, który pokazuje mi, że modlitwa jest środkiem do Celu, którym zawsze jest Chwała Boga, nie moja siła, która byłaby argumentem przeciw drugiemu. Modlitwa dla Ignacego – tak go rozumiem – była czasem z Ojcem, który to czas miał przemieniać jego samego, a nie otoczenie. Zresztą jego droga nawrócenia bardzo wyraźnie pokazuje ten kierunek: zmieniam się, dzielę się swoim życiem z innymi, a to czasem ich zmienia.

Modlitwa uczy mnie, że muszę, w relacjach do drugiego człowieka, otwierać swoje granice, a nie je budować. Ona uczy mnie budowania mnie jednej granicy, która ma być obroną przed złym duchem. Jezus uczy mnie, że żaden człowiek (łącznie z oprawcą) nie jest złym duchem. Gdy patrzę na modlącego się Jezusa, widzę człowieka, który ma siłę do tego by obronić swoją godność, ale nigdy nie stawia muru pomiędzy sobą, a drugim. Jezus mówi wyraźne: STOP (choćby w Nazarecie, kiedy mieszkańcy miasta chcą Go zrzucić z urwiska), czy zadaje pytanie, które pokazuje, że nie jest masochistą: dlaczego Mnie bijesz? Jednak to nigdy nie jest budowanie murów. Czas na modlitwie daje Mu bardzo wyraźne poczucie tożsamości, którą czerpie z Ojca.

Kiedy wychodzimy z modlitwą w przestrzeń świata musimy być pokorni. Ona nigdy nie może być oznaką naszej siły. Chrześcijaństwo z natury swojej nie jest okazywaniem siły, ale wręcz przeciwnie – jest dobrowolnym przyjęciem słabości. Tak pokazał nam to Bóg, kiedy uniżył samego siebie i stał się człowiekiem. Kiedy, więc wychodzimy z modlitwą na zewnątrz, to nie możemy budować granic, pokazywać siły, ale mamy pokazać naszą słabość, bo głęboko wierzymy, że to najlepszy sposób działania Boga w tym świecie.

Biblia uczy mnie, że na modlitwę mam iść w zacisze, a później – na niej umocniony – mam wyjść do świata, w którym jest zło, by ten świat zmieniać swoim sposobem bycia w nim. Czytając Księgę uczę się, że modlitwa nie jest manifestacją, ale momentem, w którym Bóg ma okazję przemieniać moje serce. A jeśli ono w tym momencie jest skupione na innych, na złych, to Bóg nie ma zbyt wiele możliwości działania na moim sercu.

Tak, biorę pod uwagę to, że mogę się mylić. Biorę pod uwagę to, że być może źle się modlę (Jakub, w swoim liście o takiej możliwości wspomina).