Zaznacz stronę

Dzisiejsza niedziela jest niedzielą misyjną. I jak zawsze możemy do tego podejść w dwojaki sposób. Rozważać misje w kontekście ludzi, którzy jadą gdzieś daleko, do Afryki głosić Pana Jezusa. Zapewne niewiele wiemy o ich pracy, czasem posłuchamy kazania misjonarza czy poślemy parę złotówek, no i pomodlimy się, jeśli padnie taka intencja podczas Eucharystii. Tyle, na co dzień, zasadniczo mamy wspólnego z misjami. Jednak misje w Afryce, na dalekim wschodzie, Indiach i w innych miejscach świata, to tylko część prawdy, która jest tylko konsekwencją innej ważnej sprawy, o której nie pamiętamy.

Jezus, kiedyś wysłał apostołów z przykazaniem, by szli i głosili Jego samego i Jego naukę. Jednak to nie jest tak, że poz wiedział to do kilku zapaleńców na początku. Dał im misję, wysłał ich z konkretnym zadaniem. On mówi to także do nas. Mamy iść i głosić. Dzisiejsza Ewangelia daje nam podpowiedź jak to robić. Do Jezusa podchodzą ludzie (i mówiąc najprościej) zaczepiają Go. Widać to w sposobie mówienia. Początek ich mowy, cuchnie podlizywaniem się. Mówią: wiemy, że jesteś prawdomówny, niezależny, zależy nam na twojej opinii. Mówią to ludzie, którzy nieraz chcieli pochwycić Go na jakimś niewygodnym zdaniu. Celem jest – poprzez ładne słówka – uśpić czujność Jezusa. Przełóżmy to na nasze życie; jeśli uznajemy, ze Jezus jest Bogiem, to zobaczmy jak często zaczynamy właśnie tak: wiem, że jesteś wielkim Bogiem; wiem, że wszystko od Ciebie zależy; wiem, że jesteś niezależny. A jeszcze inny poziom, i to nam wychodzi najlepiej. W relacjach z drugim człowiekiem. Ile razy tak zaczynamy dialog, by coś osiągnąć, by uśpić jego czujność, aby go potem pochwycić na jakimś słowie, które będzie dobrym wyrokiem dla niego?

Wróćmy jednak do Ewangelii. Jezus wiedział, że kiedy opowie się za cezarem, oskarżą Go o brak wiary, kiedy opowie się tylko za Bogiem, oskarżą Go o anarchię. Tymczasem Jezus wie, że jest jeden Pan i Bóg. I nie da się oddzielić naszego życia codziennego od Boga. Bo albo Bóg jest we wszystkim, co nazywamy życiem, albo Go nie ma. Nie ma życia prywatnego i obok życia pobożnego. Czasem ludzie próbują tak robić, widać to szczególnie, kiedy się z kimś rozmawia o jego modlitwie. Przychodzi i mówi: moja modlitwa jest jałowa, moja modlitwa nic mi nie daje, itp. Nie daje, jest jałowa, bo nie jest osadzona w realiach. Jeśli na modlitwie próbujemy odłączyć Boga od naszego życia codziennego, od jakiś konkretnych spraw i sfer, bo uważamy, że są mało pobożne, to potem nic nam ona nie daje. Oddzielamy Boga od tego, co cesarskie w naszym życiu. Dlaczego z Bogiem na modlitwie nie gadać o emocjach, o uczuciach, wkurzających sąsiadach, o pieniądzach, o seksie, o zakupach w Solarisie? Często wolimy pozostać na poziomie porannego i wieczornego paciorka. I w sumie to wygodne, bo jeszcze by Bóg zapytał o coś niewygodnego?

To jeden z wymiarów misyjności – nie pozwolenie na to, by w swoim życiu robić jakieś getta tzw. profanum, by Bóg był obecny w naszym życiu cały czas. Zresztą w pierwszym czytaniu o tym mówi: beze Mnie nie możecie niczego uczynić. Jak to zrobić? To jest trudne, bo wymaga to, od nas takiego stylu życia, by nie było w nim niczego, czego byśmy się wstydzili, o czym nie moglibyśmy innym powiedzieć. Jednak kiedy zaczniemy starać się tak żyć, odkryjemy jedno – wszystko w naszym życiu będzie sacrum, bo będzie przesiąknięte Boga obecnością. I proszę mi wierzyć, to nie jest jakaś utopia małego księdza z Opola. To jest coś, co jest w zasięgu naszej ręki. Jedno musimy tylko zrobić – spróbować przejąć się Bogiem, spróbować nie patrzeć na Niego jak na władcę, któremu trzeba coś oddać jak cezarowi, ale popatrzeć na Niego jak na Tego, który nazwał ciebie twoim imieniem, pełnym zaszczytu, chociaż Go nie znałeś – to zdanie z pierwszego czytania. Spróbować popatrzeć jak na Tego, który daje nam imię pełne zaszczytu, nazywa nas swoim – swoim przyjacielem, chociaż my, nic w zamian nie dajemy. Wiem, że trudno to przyjąć. Nie umiemy przyjmować takich darów, bo czynią nas one bezbronnymi. Ale właśnie taki On jest.

Z tego może zrodzić się misyjność. Bo misjonarz to ten, który jest po pierwsze posłany, po drugie dzielący się tym, co sam otrzymał. Nie może innym dać czegoś, czego sam nie ma. Więc żeby przejąć się nakazem Pana, by iść na krańce i głosić, trzeba najpierw pozwolić Mu siebie napełnić. Ale też musi pamiętać, że do końca będzie pragnął czegoś, czego tak do końca nie potrafi nazwać, że do końca nie zostanie napełniony. I to jest największe wyzwanie.

I tak na koniec. Kiedy się szykowałem do tej homilii wpadł mi pewien tekst o Popiełuszce. W czwartek była 33. rocznica jego śmierci. I to, co wyczytałem bardzo mnie obudziło. Nauczyliśmy się przez te lata patrzeć na niego jak na męczennika komunizmu. Zapominamy o najważniejszym – jakbyśmy znów chcieli podzielić na sacrum i profanum, że on walczył ze złym, że jego życie, to było głoszenie Boga, a nie systemu politycznego. Podobnie jak z JPII. Głosił Chrystusa, a to też, jakbyśmy chcieli zapomnieć. Bezpieczniej tak. Bezpieczniej odrzeć walkę duchową z Boga i duchowości. Próbując przenieść ją z naszego życia, na jego obrzeża, w rejony, które należą do cezara. To nic nie kosztuje, a potem zapali się Bogu świeczkę… Bóg nie chce świeczki, chce twego serca. Chce twego piękna. Daj mu je. Nie bój się, nie lękaj się. I nie daj sobie wmówić, że się nie nadajesz, że jesteś za cienki, że wszystko się już tak pogmatwało, że to nie dla ciebie. Właśnie dla ciebie. NIE LĘKAJ SIĘ!!!

SŁOWO