Zaznacz stronę

Przyznaję się: miewam momenty, w których wątpię czy Bóg jest dobry czyli miłosierny. Zadaję wtedy przyjaciołom zaufanie: a może jednak on jest straszny i tak bardzo sprawiedliwy jak to wielu ludzi próbuje mi udowadniać, a może rzeczywiście On jest kimś kto tylko czeka na śmierć człowieka by go osądzić i posłać do piekła?

Męczy nas miłosierdzie Boga, bo nasz świat jest sprawiedliwy: zrobisz – dostaniesz, będziesz miły – my będziemy dla ciebie…. I próbujemy wręcz kolanem upchać Boga do naszego myślenia. Bóg musi być sprawiedliwy – tak jak my jesteśmy. Wprawdzie, co bardziej przebiegli dodają: „Jego sprawiedliwość jest inna od naszej”, ale i tak później pokazuje się ludziom sprawiedliwość ludzką, mówiąc, że to Boża.

Miłosierdzie Boga męczy wszystkich tych, którzy sami nigdy nie przyznali się na serio do swojej słabości. I to nie dlatego, że Bóg jest jakimś niemiłosiernym sadystą, który przebacza tym, co się upokorzą na maxa. Nie. On nie potrzebuje w ogóle naszego upokorzenia, bo nasze grzechy nic Mu nie robią. Jasne, nasłuchaliśmy się o tym, że grzech rani Boga, ale znów zapominamy, że to nasz język i nasze patrzenie na sprawę. Boga nie da się zranić. Na szczęście. Doświadczenie swojej słabości sprawia, że Miłosierdzie Boga nie jest już tylko pobożnym życzeniem, ale jest koniecznością do tego by żyć dalej. Miłosierdzie nie jest więc czynieniem z Boga maskotki, która tylko przytula, ale niczego nie wymaga. Miłosierdzie pokazuje, że Bóg wymaga jednego: kochania drugiego człowieka, ale nie miłością ludzką – sprawiedliwą: coś za coś, ale Bożą – bezwarunkową. Tylko człowiek kochany bezwarunkowo może zmieniać swoje życie. Każdy inny będzie zasługiwał, będzie sprawiedliwy przed Bogiem. Człowiek ciągle chce czegoś za swoje bycie wierzącym: my zostawiliśmy wszystko, co będziemy z tego mieć. Nic. Tylko Miłosierdzie. Darmową, skandaliczną miłość dla wszystkich. Dla ostatnich też.

Tak, miewam momenty, w których tracę wiarę w Miłosiernego Ojca, ale wtedy właśnie staję się kimś, kto zaczyna być sprawiedliwy: grzeszę, bo coś chcę od życia mieć; staję się małostkowy dla innych, bo ja wiem lepiej; zaczynam pouczać, bo ja wiem jaki jest Bóg. Kiedy ja staję się sprawiedliwy – Bóg też wtedy jest dla mnie sprawiedliwy i robi wszystko by mnie z marazmu mojej ludzkiej sprawiedliwości wyprowadzić, bo wie, że ona ostatecznie mnie zabije. Jego sprawiedliwość jest siłą, która wyciąga mnie z myślenia o sobie: jestem bogiem, mogę się zbawić.