Zaznacz stronę

Film się skończył, na ekranie leciały napisy, w tle słychać było muzykę, a na sali dalej nikt się nie ruszał. Pierwszy raz przeżyłem coś takiego w sali kinowej. Nikt nie wstał i nie zakładał kurtek, nikt nic nie mówił. Większość patrzyła w listę nazwisk, mnie coś kazało dalej się modlić. Tak, oglądając film modliłem się. Rozmawiałem z sobą i Bogiem o moim braku wiary.

Jestem jezuitą i księdzem. Od wielu lat głoszę Boga Żywego i od wielu lat mam wielki kłopot z Bogiem, w którego wierzę. Ciągle się zastanawiam czy On jest i czy ja naprawdę w Niego wierzę. Są dni, w których wiara jest pewnikiem, na którym buduję wszystko: swoją osobowość, relacje, decyzje, walkę o wartości i swoje człowieczeństwo. Jednak przychodzą także dni, w których w moim sercu pojawia się głos: lepiej by było gdybym nie wierzył. Nie cierpiałbym ja i inni wokół mnie. Obraz, który stworzył Scorsese jest jak skalpel, który precyzyjnie rozcina moją skórę na klatce piersiowej, piła, która rozcina mój mostek i znów jak skalpel, który rozcina moja żywe serce, by pokazać co w nim jest naprawdę. Nie przesadzam – całe dwie godziny czterdzieści jeden minut było dla mnie operacją na otwartym sercu.

W filmie jest kilka postaci (indywidualnych i zbiorowych), cały obraz jest tak skonstruowany, że odnalazłem się w każdej z nich. Jestem jak przełożony dwóch młodych jezuitów. Człowiek, który podejmuje racjonalne decyzje, jest twardy, ale kiedy spotyka się z wielkim pragnieniem młodych braci – zmienia decyzję. Daje im wolność działania. Jestem jak Ci dwaj młodzi jezuici. Pełni pragnień, szaleni, zakochani w Jezusie, idący za pragnieniem, które odkrywają w swoim sercu. Jestem jak prości Japończycy, którzy wierzą w Boga i są w stanie oddać życie za swoją wiarę. Pojawia się postać, którą chcę wymienić z imienia: Kichijiro. Człowiek, który bardzo mnie denerwował. Chrześcijanin, który stracił w męczeństwie całą swoją rodzinę, sam zaparł się wiary. Co jakiś czas pojawia się i prosi – po kolejnym zaparciu się wiary – o rozgrzeszenie. Denerwował mnie do momentu, w którym po raz kolejny usłyszałem wypowiadana nad nim słowa rozgrzeszenia i zrozumiałem, że to jestem ja. Przyjmuję Boże przebaczenie i zaraz później wracam do swoich grzechów. I znów przychodzę. Jestem jak jezuita, który zaparł się swojej wiary i wrósł w życie Japończyków. W końcu jestem jak głównym bohater, młodziutki o. Rodrigues. Mężnie walczący o swoją wiarę, przez cały czas prowadzący wewnętrzny dialog z Bogiem, który milczy, a w końcu zapierający się Jezusa po to by uratować pięć osób od męczeństwa.

Bohaterowie filmu są jak lustra, które dały mi możliwość zobaczenia tego wszystkiego co jest dramatem mojej wiary. Wiary, która od dawna nie jest prosta, jednoznaczna i zdecydowana. Wiara, która wcale nie daje zawsze ukojenia, odpowiedzi na pytania i dylematy moralne. Wręcz przeciwnie – wiara z biegiem lat staje się źródłem coraz większych dylematów i pytań.

Scorsese zadaje widzowi pytania i nie daje odpowiedzi. Pyta o takie kwestie jak: wiara, męczeństwo, wyznanie wiary, granice które w imię wyższych wartości należy, można, trzeba (?) przesuwać. Pokazuje, że gesty, które zewnętrznie można uznać za apostazję wcale takimi nie muszą być w rzeczywistości. Ten film daje odwagę do tego by powiedzieć, że radykalizm chrześcijański nie polega chyba na tym, że damy się za wszelką cenę pociąć, ale że może jest inne kryterium. Jakie? Widz musi sam skonfrontować się z tym pytaniem.

W końcu to nie jest film z happy endem. Tak jak wiara nie jest przyjemnym przeżyciem. Ona zawsze, do końca, do śmierci będzie zawsze pytaniem, nigdy pewnością. Ten obraz mocno zakwestionował moje pragnienie męczeństwa. Znów boję się za Boga umrzeć.

Nie opowiem Wam fabuły filmu – trzeba go zobaczyć, albo raczej zobaczyć to, co nie wprost jest pokazane i powiedziane. Trzeba na niego pójść i skonfrontować się z swoją niewiarą, albo swoją wielką i silną wiarą. Polecam go jako doskonałe rekolekcje wielkopostne.

MILCZENIE