Zaznacz stronę

Proponuję na dzisiejszy fragment Ewangelii popatrzeć jak na inspirację do tego, jakim i jak być chrześcijaninem.

Najpierw widać pewność siebie Jezusa. Działa wtedy, kiedy uważa za słuszne. Nawet jeśli według pobożnych obserwatorów jest to złamanie szabatu – działa, bo widzi dobro. Według tych ludzi jest bluźniercą, bo nazywa Boga – Ojcem. To pierwsza instrukcja dla nas. Działać wtedy, kiedy rozeznamy, że z naszego działania może wypłynąć dobro. Widzieć, mieć odwagę powiedzenia sobie i innym, że ważniejsze od sztywnego trzymania się prawa jest dobro człowieka. A tak naprawdę w tym fragmencie nie chodzi przecież o łamanie prawa, ale złamanie dobrego samopoczucia tych, którzy postanowili pochwycić Jezusa na jakimś błędzie. Nasze działanie nie może być podejmowane lub zaniechanie tylko dlatego, żeby inni byli zadowoleni. Niby to oczywiste, ale zobaczcie, ile jest takiego myślenia w relacjach, w których jesteśmy zależni od innych? Naszych szefów, przełożonych, przyjaciół, rodziców. Ile my robimy (lub nie robimy) rzeczy tylko dlatego, żeby ci ludzie byli zadowoleni?

Dalej jest coś genialnego. Jezusowa pewność siebie w działaniu nie wynika z chamskiej bezczelności. To nie jest tak, że On jest systemowym buntownikiem. Jego pewność w działaniu wynika ze świadomości jedności z Ojcem. On nie chodził do psychologa, nie miał super trenera motywacyjnego. On był zjednoczony z Ojcem. Sam mówi o Sobie, że Syn nic nie mógłby zrobić bez Ojca. Taka relacja to wielka siła. Nie tylko niezależność od opinii innych, jasność celu, a przez to zdecydowanego działania, ale także siły, która sprawia, że zmarli słyszą głos Dobrej Nowiny.

Kiedy Bóg każdego z nas wymyślił, powołał do istnienia, to dał nam misję do spełnienia i każdego z nas obdarzył tym wszystkim, co potrzebne do jej wypełnienia. Wiem, że większość z nas tego nie czuje, że większość z nas chciałaby tego nie usłyszeć. Jest też tak, że kiedy człowiek wchodzi w tę misję na serio, może poczuć się osamotnionym. Jednak w naszej misji idzie z nami Pan. I to jest źródło siły tego, że możemy robić rzeczy wielkie i nieprzeciętne. To nie jest misja, która ma polegać tylko na modlitwie w kościele za innych. To byłoby ucieczką.

My naprawdę mamy uwalniać, pocieszać, dawać oparcie, siłę innym ludziom. Mamy iść do więźniów. Moje pierwsze skojarzenie było takie, że więźniowie to wcale nie są ludzie, za którymi bym tęsknił. I to nie tylko ci zamknięci w więzieniach. Ale wszyscy inni w jakikolwiek sposób uwięzieni. Ludzie w nałogach, chorzy psychicznie, zniewoleni, inaczej myślący itd. Jak łatwo być pocieszeniem dla swoich przyjaciół. Szczególnie takich, którzy i nas kiedyś pocieszą. Jak łatwo spotykać się z tymi, którzy myślą tak jak ja, którzy modlą się tak jak ja. Jezus jest człowiekiem pewnym siebie. To wynikało – jak powiedziałem – z Jego silnej relacji z Ojcem, który nadaje Mu tożsamość. Za Nim poszli inni, byli Nim zafascynowani, bo to był mężczyzna, który żył!

On nie był kimś, kto pyta innych ludzi, świata, co ma czynić. On nie spełniał oczekiwań innych względem Niego. On nie żył pomysłem innych na Jego życie. Jezus pytał siebie samego, co daje Mu życie, albo kto to życie Mu daje. Szukał w relacji z Ojcem inspiracji oraz tego wszystkiego, co Jego samego ożywiało. I później idzie do świata i czyni to, co uważa za słuszne. Taki sposób życia sprawia, że trzeba się narażać, że inni (szczególnie bliscy) mogą nam zarzucać, że za mało się nimi interesujemy, że za mało jesteśmy zaangażowani, że ich zlewamy. My nie żyjemy po to, by innych zadowalać. Wiem, że w niektórych od razu pojawi się pytanie, a co z mamą, tatą, dziadkiem, babcią, żoną, dziewczyną? No właśnie trzeba się każdego dnia pytać, na ile celem twojego życia jest ich dobre samopoczucie, a na ile realizacja misji, która zawsze komuś się będzie nie podobała. Siłą Jezusa było to, że On nie żył w stylu, który chcieli Mu narzucić inni, nie był pozerem. On nie udawał siebie, On był sobą. Zapytaj się swojego serca: do czego jest stworzone i wyrusz w swoją drogę. Przestań się ciągle bać o to, co powiedzą inni, jak zareagują rodzice, kumple, przełożeni. Wyrusz.

Bóg daje nam misję, zaprasza nas do niej, ale nie zostawia nas samych. U Izajasza mówi: Ja pójdę przed tobą i nierówności wygładzę. Jeśli pojawia się lęk, to powiedz sobie jasno, że on nie wynika ze straszliwości drogi, do której Bóg nas wzywa. Jego źródło jest w tym, co musimy opuścić, by wyruszyć w drogę. Dla kogoś to będą nałogi, dla kogoś innego grzechy, jeszcze ktoś inny zanurzony jest w mnóstwo dziwnych relacji. Trzeba szczerości, by sobie powiedzieć, że strach, lęk wypływa bardziej z niechęci pozostawienia czegoś, niż z celu, do którego On nas wzywa. By się temu lękowi nie poddać, trzeba wracać cały czas do relacji z Ojcem. To On jest najlepszym gwarantem tego, że strata jest tak naprawdę pozorna, bardziej emocjonalna niż rzeczywista.

Bądźmy chrześcijanami, którzy nie podziwiają innych, ale znajdują odwagę do tego, by wchodzić w coraz bardziej intymną relację z Ojcem, co będzie przekładało się na odkrywanie swojej drogi i niepoddawanie się lękowi, który wiąże się z odchodzeniem od tego, co w realizacji tego celu przeszkadza.

SŁOWO